|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Christopher Hitchens
Śmierć Steve'a Jobsa, Vaclava Havla, Cesárii Évory, zgromadziły wielka ilość tekstów wspominających ich działanie, ich twórczość, które tworzyły każdy swój kawałek historii. Rzecz ma się inaczej z artykułami, które wspominają Christophera Hitchensa. Tu oceniane jest nie tyle dzieło, co sprawność metody, której używał, i perspektyw jej wykorzystania w przyszłości. Istotne jest także to, jak umarł. Teksty maja nieco inny cel, niż te, które czytamy o pierwszych trzech zmarłych. Christopher Hitchens, autor wielu książek i filmów dokumentalnych przypominających o całym mnóstwie złych rzeczy, które zechciała stworzyć religia (najbardziej znana publikacja jest pewnie jego Bóg nie jest wielki), zmarł na raka przełyku, 15 grudnia 2011. Jego roczne umieranie, dokumentowane przez serie filmowanych wywiadów na rożnych stadiach choroby, prowokowało dość niezdrowe reakcje ze strony wielu wierzących, przekonanych, ze nawróci się na łożu śmierci. Otóż nie nawrócił się. Tak, jak nie nawrócił się David Hume, ani w zasadzie żaden inny wśród filozofów i pisarzy znanych z krytykowania religii. I o tym przypomina Richard Dawkins, wg ktorego "choroba Ch. H. zrobila z niego symbol uczciwosci i godnosci ateizmu". Każdy dzień jego kończącego się życia był świadectwem fałszywości najbardziej plugawego z chrześcijańskich kłamstw: "W okopach nie ma ateistów". Hitch był w okopach, i pozostał tam odważny, uczciwy i godny. Daniel Dennett, jeden z najważniejszych żyjących dziś filozofow, podkreslił inny aspekt zycia Hitchensa, dotyczący jego gniewu. Wiec rzeczywiście jest tak, ze pewne rzeczy powinny nas gniewać, byśmy nie pozostali w obłej uprzejmości pełnej obojętnego szacunku, niczym Leszek Kołakowski w ostatnich latach swojego życia: Wśród 'Czterech jeźdźców Apokalipsy' [Hitchens, Dennett, Dawkins i Sam Harris, jak sadzę], Hitchens byl z pewnością najmniej uprzejmy, był pełen gniewu, miał łatwość w obrażaniu swoich rozmówców. Ale wg mojego doświadczenia, robił tak tylko wtedy, gdy niegrzeczność była zasłużona – co zresztą dzieje się dosyć często, gdy mowa o religii. Większość rzeczników religii spodziewa sie, ze będą traktowani nie tylko z szacunkiem, ale nawet ze szczególnym poważaniem, na które rzekomo zasługują w imię tego, ze ich idol jest tak cnotliwy.
środa, 19 października 2011
Teologia pogardy
Kawałek historii filozofii, akurat sie napisał przy okazji, wiec może warto, by byl upubliczniony.
Od jakiegoś czasu wydaje mi się, ze jest jedna rzecz, która definiuje każdy moment w cywilizacji: jak dana epoka postrzega problem tzw. tożsamości osobowej, ewentualnie duszy. Wiec ja to sobie eksploruje od lat (dość amatorsko, bo nie jest to w żaden sposób moja specjalizacja, wiec przepraszam z góry za ewentualne uproszczenia).
piątek, 14 października 2011
Wole nie wiedziec co sie "dzieje" w policji
Jakiś desperat w policji wezwał "jasnowidza", by pomógł rozwiązać tajemnice dosc starej juz zbrodni. Lektura tego rodzaju wieści sprawia, ze jeży się znaczna część naszych neuronów : oto pieniądze publiczne idą na realizacje fantazji pana z archiwum X. Nie jest to jednak pierwszy raz, gdy takie dzialania sa podejmowane (chociaz podobno pierwszy raz są one formułowane oficjalnie). I zastanawiam sie jaka jest w takich przypadkach rola prasy. Artykul opublikowany na portalu gazeta.pl (ciekawa jestem czy ukaze/ukazal sie on w wersji papierowej Wyborczej) na ten temat jest sformulowany bardzo opisowo. Oto konkretny pan, ktorego nazwiska nie wymienie bo i tak jest juz zbyt znane, zostal w imie swietnego PR-u, ktory sobie robi, zaproszony przez organy scigania do pomocy w rozwiązaniu ważnej i dodatkowo bardzo makabrycznej sprawy. Taki tekst moze miec dwie konsekwencje : (a) przeczyta go jakis rozsądny szef policji i zrobi cos, zeby takie absurdalne praktyki nie mialy miejsca (b) przeczytają go miliony ludzi, i w ich glowach pozostanie ogolny sygnal : policja docenia jasnowidzów, wiec jest w ich działaniach z pewnością jakaś prawda. Oczywiscie, scenariusz (a) jest moją fantazją i wyrazem mojej naiwnosci, i w rzeczywistości bedzie mial miejsce wylacznie aspekt (b) naszej historii. W zwiazku z tym, fundamentalna wydaje mi sie odpowiedzialnosc Wyborczej, ups, pardon, portalu gazeta.pl, za propagowanie takich mitow, i, gdyby miała, no nie wiem, odrobine przyzwoitosci ? poczekalaby na to, czy faktycznie znany jasnowidz wspomoze dzialania policji. W rzeczywistosci, odpowiedz negatywna na to pytanie znana jest z gory, no, ale gdyby zdecydowali sie na czekanie, ktore sugeruje, nie byloby pseudo-wydarzenia i owianego tajemnica pseudo-artykulu.
czwartek, 22 września 2011
Genizm - definicja
Nadszedł moment, by zaproponować światu definicję genizmu. Historia nie musi pamiętać dokładnych powodów, dla których ta definicja opublikowana zostanie właśnie dzisiaj. Otóż genizm pochodzi od słowa "geny" ; słowo zostało użyte po raz pierwszy w filmie "Gattaca", gdzie oznaczało "dyskryminację ze względu na jakość genow" (nie ich pochodzenie, ale ich jakość – kontekst filmu pozwalał na selekcje najlepszej jakości genów danej pary rodziców, by dziecko było ich "lepsza wersja"). Dziś, blisko 15 lat po filmie, słowo genizm w tej formie wciąż jest nieużywane. Istnieją jednak dwie formy konkurencyjne, które wydaje się winny zostać odróżnione. 1. Wg pewnego znanego autora, genizm oznacza przekonanie, że to czym dzisiaj jesteśmy, w ogromnej mierze zdeterminowane jest przez nasze geny. Autor tej definicji jest antygenistą i pisze: Genizm jest przedkładaniem cech wrodzonych nad nabyte. Jest to pozycja normatywna. Najlepiej to widać w przykładach: "homoseksualizm jest fuj, bo to nabyta fanaberia", "a właśnie, że jest OK, bo to wrodzona cecha" -- oba te stanowiska są wg mnie genistyczne. "Antygenistyczne" byłoby -- "wrodzone czy nabyte co za różnica?" Stąd też i nie jest tak, że to jest kwestia empiryczna. A w ogóle to byłbym za rozmyciem dychotomii wrodzone/nabyte, bo jest dla mnie niepotrzebnie przekontrastowana. 2. Moja definicja jest inna. Genizm jest wg niej przekonaniem, że wspólnota genów (głownie rodzinna, ale tez plemienna, narodowa) jest wartością samą w sobie. Wartość "sama w sobie" (intrinsic value) jest to wartość, która istnieje w świecie przed byciem postrzegana przez byty zdolne do postrzegania i nadawania wartości rzeczom i zjawiskom. Wspólnota genów nie jest taką wartością, ponieważ prawdopodobnie takie wartości nie istnieją. Żeby coś miało wartość (moralną, estetyczną), potrzebny jest ktoś, kto mu te wartość da. To, ze ważne są dla niektórych z nas więzy krwi, nie wynika z naturalnego porządku świata, ale z konkretnej konfiguracji – osoby, z którymi dzielimy geny prezentują dla nas coś istotnego. Dlaczego wydaje mi się ważne, by mówić o takich rzeczach ? Mam w sumie wiele powodów, dla których chciałabym bronic antygenizmu, ale to nie o to chodzi w tej notce. Miała ona wyłącznie na celu pewien coming out terminologiczny, by definicje te wyszły z serwisów społecznościowych, i mogły być wreszcie przejęte albo skrytykowane poza pewnym (nieistniejącym juz) gronem. Dodam przy tym, ze w cieniu dyskusji nad genizmem, pojawil sie termin memizm (wczesniej: "genizm memetyczny"), ktorego analize polecam czytelnikowi. *** EDIT: tekst zostal zmieniony przez dodanie definicji napisanej przez Mruwnice. Usunelam zatem tez moj fragment na temat radykalizmu roznic miedzy dwoma definicjami, ktory stal sie mniej relewantny. Zostawiam go tutaj na pamiatke. Moja definicja jest radykalnie rożna od poprzedniej – prawdziwość lub nieprawdziwość pierwszej definicji, czyli kwestia tego w jakim stopniu zdeterminowani jesteśmy przez geny, jest kwestią głownie empiryczną. W kontekście normatywno-politycznym ktory mnie interesuje (wiec w kontekście wpływu na ustawodawstwo), argumenty tego rodzaju są niepotrzebne, bo nie chodzi o to, by w jakikolwiek sposób imitować zachowanie sie naszego kapitału genetyczengo w legislacji, ale o to, żeby mieć takie ustawy, jakie z punktu widzenia społeczno-moralnego wydaja nam się najsłuszniejsze.
środa, 17 sierpnia 2011
Dlaczego Państwo wspiera instytucję małżeństwa?
Podobnie jak
autor artykulu „Homosceptycy i homoentuzjaści”, jestem etatystką : rzecz
taka jak Państwo jest świetna, bowiem demokratycznie wybrani reprezentanci
troszczą sie tam (przede wszystkim) o ludzi, którzy sami by sobie nie poradzili
i pomagaja tym, ktorzy radza sobie nie najlepiej, głownie dzięki podatkom
płaconym przez wspólnotę. Zatem kiedy Ireneusz Wołoszczuk pisze, że „państwo ma
prawo i obowiązek wspierać rodzinę, nadając jej specjalne przywileje. W państwie
demokratycznym szczególne przywileje zawsze muszą się wiązać ze szczególnymi
obowiązkami” – to rozumiem co ma na myśli. Rozumiem, ze za tym stoi prosta
idea : jeśli nie chcesz wychować społeczeństwu przyszłych podatników, to w
zasadzie nie ma powodu, żeby dawać ci jakiekolwiek ulgi, na przykład podatkowe,
bo nie masz jakichś specjalnych wydatków. Gdyby taka była zasada : ulgi
podatkowe wyłącznie dla par wychowujących dzieci, to byłaby to zasada prosta, i
w sumie nie byłoby powodu, by się z nią nie zgadzać. Tylko, ze wcale tak nie
jest. Sytuacja
prawna we Francji Gdy francuski
rząd wprowadzał ustawę o związkach partnerskich dla par hetero i
homoseksualnych, sytuacja tych par była w zasadzie identyczna z punktu widzenia
wspólnego płacenia podatków jak sytuacja małżeństw. Niemniej, kwestia
wychowania dzieci w ogóle nie była przez ta ustawę poruszana. Ergo: powstał
twór, który zmienił explicite całą koncepcję, o której piszę wyżej. Państwo cieszy się z istnienia par
żyjących razem jako takich, i daje im ulgi za to, ze są razem. Sytuacja
prawna w Polsce W Polsce, w
sposób mniej oczywisty niż PaCS we Francji, ale tak samo realny, również
małżeństwo nie jest chronione prawnie i podatkowo wyłącznie z powodu dzieci (na
te ostatnie są przecież specjalne paragrafy). Konstytucja mówi
na przykład w art. 18 : Małżeństwo
jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo
znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej. Ten fragment
ustala, że małżeństwo jest dla Polski wartością samą w sobie (tzn. fakt, ze
kobieta i mężczyzna mieszkają sobie razem na stale pod przysięgą). Rodzina tez
jest wartością, tak jak macierzyństwo oraz rodzicielstwo – ot, cztery różne
wartości, jedna niezależna od drugiej. Nieznośna
nierówność Innymi słowy,
Wołoszczuk myli się w sprawie interpretacji relacji miedzy Państwem i żyjącymi
w rożnych konfiguracjach obywatelami, chociaż ma oczywiście racje, gdy pisze,
ze „małżeństwo nie daje praw obywatelskich, lecz specjalne przywileje przyznane
rodzinie, niewynikające z konstytucyjnej koncepcji równości wobec prawa,
sprawiedliwości społecznej czy praw człowieka”. Niemniej w kontekście wyżej
zarysowanym, takim, gdzie małżeństwo jest uznane za wartość samą w sobie i
niego samego wynikają pewne przywileje, m.in. podatkowe, niemożność dostępu do
tych przywilejów ze strony par homoseksualnych już jest pogwałceniem zasady
równości wobec prawa. Dodatkowo jasne
jest, ze rodzina, to nie tylko dwoje ludzi rożnej płci wraz z dziecmi ;
ludzie nie są środkiem do pozyskania przez Państwo kolejnych przyszłych
podatników. Rodzina to związek ludzi, którzy lepiej się czuja razem, niż
osobno, ludzi, którzy pomagają sobie wzajemnie i się wspierają, dzięki czemu są
tez silniejsi w momencie, gdy przyjdzie im pomagać komuś spoza najbliższego kręgu
czy zmagać się z problemami. Te wartości sa niezależne od plci, wieku i genów
osób, które je dzielą. Zatem jeśli Państwo polskie twierdzi, ze chce bronic
rodziny (a nie tylko rodzicielstwa), konieczne sa zmiany prawne, o ile nie
konstytucyjne, to z pewnością na poziomie kodeksu rodzinnego i opiekuńczego
oraz cywilnego.
sobota, 30 lipca 2011
pocztówka z Pragi Północ
Nie po raz pierwszy, znajda sie tu jakies zapiski idei bliźnich, nie moich. Tedy w konsekwencji pewnej wymiany, wręczono mi zacny opis pewnej reguły zachowania spolecznego. Zapisuję, zeby się nie zgubilo. Otoz istnieje w tym kontekście tzw "zasada kaczego pióra", wg której strach prowokuje zdarzenie. Strach to silnie skupiona uwaga myśli, a więc idee żywia się uwaga, uwaga jest paliwem do pomnażania się. Rzecz ilustrowana jest m.in. w filmie Kung fu Panda, w jego pierwszej części. Żółw wyszkolił tygrysa na mistrza. Tygrys sie zbuntował i uzył mocy w złej sprawie. Mistrz złapał tygrysa i uwięził go w wieży strzeżonej przez sto nosorożców. Po pewnym jednak czasie, vice-mistrz przestraszył się, że tygrys może byc słabo strzeżony. Wysłał więc kaczkę, zeby zapytała szefa straży czy aby wszystko w porządku, i czy nie trzeba wzmocnić straży. Gdy jednak główny nosorożec usłyszał od kaczki powątpiewania vice-mistrza, to obruszył sie takim brakiem zaufania i postanowił pokazac kaczce, mimo jej niechęci strachowej, ze zabezpieczenia sa wystarczające, i zjechali winda na sam dół zajebiście strzeżonej wieży, gdzie przykuty łańcuchami leżał tygrys, który jedyne co mógł zrobić to groźnie mruknąć. To jednak i tak wystarczyło, żeby kaczka się wystraszyła i zaczęła panikować. Nosorożec zaczął się z niej śmiać, i kazał wyciągnąć ich na góre. Kaczka pobiegła przerażona powiedzieć vice-mistrzowi, ze wszystko gra. Nosorożec napęczniał od dumy, vice się uspokoił. Następnego dnia, tygrys był juz na wolności i zabijał, bo nikt nie zauważył, że z ogona kaczki wypadło pióro, którym otworzył sobie nocą kajdany. Gdyby vice-mistrz nie zwątpił, nie przestraszył się, nie wysłał kaczki, tygrys nadal byłby w więzieniu. To jest zasada kaczego pióra. W wersji klasycznej, to zjawisko pewnie nosi nazwe : "samorealizująca się przepowiednia". Wytłumaczona wyżej zasada ma to do siebie, ze pozwala na pełniejsze wzięcie pod uwagę czynników zewnętrznych, i nie redukuje zjawiska do psychologii społecznej. Tyle na dzisiaj, ot, pocztówka z Pragi Północ.
piątek, 15 lipca 2011
O Norwegach i przesladowaniu
Ktos mi wlasnie przypomnial o historii dziewiecioletniej Nikoli, ktora porwali rodzice, by odebrac ja z norweskiej rodziny zastepczej. Przypomnienie odbylo sie w kontekscie : « nie wierze, ze Norwedzy mogli ot tak odebrac jej dziecko ». Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia, ale sobie rozwazam wlasnie background cytowanego stwierdzenia, wg ktorego imigranci wymyslaja sobie problemy, bo przyjazne panstwo do ktorego przyjezdzaja zachowuje sie a priori godnie. Ba ! niestety, panstwo czasem zachowuje sie wybitnie niegodnie, nawet takie panstwo, ktore chcielibysmy lubic i w zasadzie lubimy. Otoz urodzona w Norwegii Eva Joly (majaca podwojne, francusko-norweskie obywatelstwo), zwykla przebywac we Francji, gdzie pracuje jako prawnik, i gdzie ma za soba swietna prace w odkrywaniu ogromnej afery korupcyjnej. Jest ona obecnie kandydatka francuskich Zielonych na prezydentka Francji. Silna osobowosc, jasne poglady, w ogole przyjazna postac na stale obecna we francuskim pejzazu polityczno-publicznym. I wczoraj – 14 lipca, swieto narodowe Francji – Joly przypomniala postulat Zielonych, zeby defilade wojskowa zmienic na defilade przedstawicieli wszystkich srodowisk, ot, swieto Republiki. Na co premier, François Fillon (tez zapominacie jak on sie nazywa ? chyba nikt tego nie pamieta, tak jak i nazwiska polskiego prezydenta) : Moja reakcja jest smutek. Mysle, ze ta pani nie ma wystarczajaco zakorzenionej kultury francuskich tradycji, francuskich wartosci, francuskiej historii. [...] Mysle, ze niewielu Francuzow podziela opinie pani Joly. Przerazajacy jest ten « smutek » i wyrazenie « ta pani », infantylizujace osobe, ktorej z punktu dzialan na rzecz Francji Fillon moze rzeczywiscie podskoczyc, pardon my French. W ogole ludziom z prawicowej partii rzadzacej (UMP) odbilo juz jakis czas temu. Nie rozumieja bowiem, ze popularnosc Marine Le Pen nie polega na tym, ze upokarza ona immigrantow, ale na tym, ze przypomina jak bardzo nie udal sie spekulacyjny i finansowy model ekonomiczny Unii Europejskiej, as simple as that. Ale prawicy latwiej jest robic spektakularne ksenofobiczne wystepy, zamiast zastanowic sie, coz tam zostalo sknocone tak fundamentalnie na poziomie konstrukcji europejskiej, ze nawet nie wiadomo jak o tym mowic.
sobota, 09 lipca 2011
Sobotnie sprzatanie
Zapisze to
tutaj, bo przeciez nigdzie w realnym swiecie te przeczytane fragmenty mi sie
nie przydadza, a przeciez szkoda zapomniec. List
Francisa Skinnera do Wittgensteina z 1937 roku (R. Monk, Wittgenstein. The Duty
of Genius, str. 378). Skinner byl osoba, ktora miala pisac z Wittgensteinem
doktorat z matematyki, ale ostatecznie stal sie najpierw jego asystentem, by
pozniej, zgodnie z wola Wittgensteina, porzucic filozofie i zajac sie praca
manualna. Nie do konca szczesliwy zyciorys, zwlaszcza, ze czlowiek zmarl na
polio w wieku 29 lat (btw, panie Billu Gates, brawo za panska prace nad
dostepnoscia szczepionek przeciwko polio dla Afryki subsaharyjskiej). Oto list
z okresu, gdy zaczynal odchodzic od filozofii matematyki i zaczal prace fizyczna.
Cytatem tym dokonuje wszystkiego, czego jestem w stanie dzis dokonac na rzecz
sprzatania. I’m
thinking of you a lot. I also think often how lovely it was cleaning your room
with you. [...] I now have to sweep my room. I like to do it because it
reminds me of when I was with you. I’m glad I learnt how to do it properly
then. i po polsku: Wiele mysle o tobie. Przypominam sobie czesto jak wspaniale bylo wraz z toba sprzatac twoj pokoj. [...] Teraz musze zamiatac moj wlasny pokoj. Lubie to robic, bo przypomina mi to okres, gdy bylismy razem. Jestem zadowolony, ze nauczylem sie wtedy robic to porzadnie.
wtorek, 28 czerwca 2011
Francuska filozofia nie istnieje
Jacques Bouveresse, ważny w życiu wielu osób związanych z francuską filozofią specjalista od Wittgensteina i od filozofii austriackiej, odszedł na emeryturę. Innymi słowy, zwolniło sie jedno miejsce pracy, niezupełnie marginalne swoją drogą : Bouveresse zajmował bowiem katedrę filozofii w Collège de France. Zajęła je, z rekomendacji samego Bouveresse'a, Claudine Tiercelin, reprezentująca najnowsze nurty w metafizyce, i ucieleśniająca swoja droga sam fakt, ze metafizyka przezywa od jakichś dwóch dziesięcioleci swoją kolejną młodość. Poprzednimi osobami na tym stanowisku byli m.in. Michel Foucault, Raymond Aron, Henri Bergson i Maurice Merleau-Ponty. I jest afera, która bawi obecnie poważną prasę oraz jedną trzecią francuskiego internetu. Otóż wplywowy i raczej lewicowy tygodnik Nouvel Observateur wydrukował artykuł pt. L'Inconnue du Collège de France (Nieznana z Collège de France). Oto kilka linijek : "Jaka Claudine ?" Wielkie zdziwienie na ulicy Ulm [tam, gdzie znajduje się Ecole normale supérieure / ENS]. Poruszenie na Placu Sorbony, gdzie ostatni nabytek Collège de France, Claudine Tiercelin, była nieznana jeszcze miesiąc temu, nawet w najbardziej wyspecjalizowanych księgarniach. [...] Wykładający w ENS filozof Quentin Meillassoux zdradza, ze rzeczą, która go niepokoi jest fakt, ze, poprzez widowiskowy przewrót rzeczy, French Theory musi znajdować schronienie w USA. Alain Badiou, gwiazda ulicy Ulm, jest jeszcze bardziej bezlitosny i widzi w tym wyborze wynik dwudziestu pięciu lat upadku, ktory sprawi, ze instytucja gdzie wykladali Barthes i Foucault, stanie sie "zapóźnioną pod-prefekturą amerykańskiej filozofii analitycznej, która, faworyzując konserwatywny konsensus, zamyka drzwi nowatorskiej współczesności". Ton artykułu jest taki, jaki widać : sensacyjny i w klimacie "wszystko sie kończy, kiedyś było lepiej". I rzecz jasna, wiele więcej mówi o frustracjach panów z ENS niż o samej bohaterce artykulu. A pisze o tym głównie dlatego, ze Bouveresse właśnie odpowiedział na wspomniany tekst, z wielka konsternacją obserwując dominujący tam nacjonalizm wśród tuzów (ewentualnie byłych tuzów) tego, co jest uwazane za typową francuską filozofię (wiec okolice strukturalizmu i jego kontynuacji). Dodał tez coś na temat popularności : Bardzo niepokojąca wydaje mi sie tendencja do zapominania o tym, ze popularność mediatyczna i popularność tout court nie stanowią w żaden sposób dowodu wystarczającego jakości i ważności czegokolwiek. Nie są one tez zresztą warunkiem koniecznym owej jakości i ważności. Co w tej raczej żenującej dla środowiska sytuacji jest dobrego to to, ze okazuje sie, ze francuska filozofia nie istnieje, podobnie zresztą jak ttdkn, jeśli wolno mi pozwolić sobie na taką analogię. Istnieją, prawda, ludzie piszący m.in. po francusku, ale nie ma żadnej, naprawdę żadnej wspólnoty myśli lub odwołań, czy tez metod. I to jest bardzo dobry znak, stanowiący żywy dowód na różnorodność refleksji uprawianej we Francji.
sobota, 11 czerwca 2011
O umieraniu za cos obrzydliwego
Pojawiła się nowa publikacja na temat kolaboracji francuskich intelektualistów z nazistami w USA i w Wielkiej Brytanii. Autorem jest Alan Riding, a rzecz ma bardzo ładny tytuł : And the show went on : cultural life in nazi-occupied Paris. Rzeczy nie czytalam, ale po to mamy NYRB, zeby dostarczal nam wiarygodnych recenzji, tedy i jednej z nich użyję. Naturalnie, chodzi o Sartre'a. Kolaborowal czy nie ? No okazuje się na szczęście, ze nie. Dlaczego jednak tak nieporadnie nie dawał oporu, dlaczego pracował czasem (jak i Simone de Beauvoir) dla mediów pro-Vichy (w mediach tych nie zajmowal sie jednak nigdy polityka) ? Właśnie na to pytanie znalazłam zupełnie nieoczekiwana odpowiedz : W latach 1939-1940, byliśmy przerażeni na myśl, ze moglibyśmy umrzeć, cierpieć, w imię czegoś, co wydawało nam się obrzydliwe. W imię Francji, która nas brzydziła, skorumpowanej, niesprawnej, rasistowskiej, antysemickiej, rządzonej przez bogatych, dla bogatych – nikt nie chciał za to umierać, aż do momentu gdy, no cóż, aż do chwili gdy zrozumieliśmy, ze naziści byli gorsi. Nie zdawalam sobie sprawy z tego stanu powiedzmy intelektualnego międzywojennej Francji, z marazmu, ktory on za sobą ciągnął, no i z przekonania, o ktorym mowi książka, ze nazistowskie "odnowienie moralne" elit mogło byc widziane przez Francuzow jako cos nieuchronnego (o tym mówią inne fragmenty książki, o ile wierzyć recenzji). Pewnie powinnam pokombinować w tym miejscu jakies analogie z współczesnością, ale w sumie nie wiem jak, bo skad mam wiedzieć. Zostawię wiec to tutaj jako pocztówkę. |