zielka@gazeta.pl
Kategorie: Wszystkie | pisze blatny | pisze j-m-m | pisze kriek | pisze ziel
RSS
sobota, 28 listopada 2009
Gramatyka tozsamosci narodowej

Dawno francuska polityka nie osiagnela takiego dna jak obecnie. Nicolas Sarkozy obiecal w swej kampanii wyborczej w 2007 roku, ze za jego urzedowania rozwazymy kwestie nastepujaca: czym jest tozsamosc francuska? Pierwszym konkretnym gestem bylo powolanie ministerstwa „imigracji, integracji, i tozsamosci narodowej”.

Od poczatku listopada 2009 ma miejsce sztucznie wprowadzona debata na temat w. w. tozsamosci narodowej („identité nationale”). Misja powierzona zostala Ericowi Bessonowi, bylemu socjaliscie, ktory w dosc spektakularny sposob przylaczyl sie do partii prezydenckiej (UMP). Czym jest francuskosc, kim sa dla nas emigranci, etc. Nie bede opisywac tego w szczegolach, jest to zbyt zenujace, w kazdym badz razie przywoluje to narodowosciowe hasla, ktorych celem jest wprowadzenie kilku sprawnych manipulacji opinia publiczna tak, zeby przygotowac ja do akceptacji fundamentalnych zmian we francuskiej polityce. Na razie opinia publiczna reaguje swietnie: debata jest ignorowana, a sondze wskazuja, ze to co dla Francuzow definiuje ich kraj, sa to rzeczy typu opieka spoleczna dla wszystkich, prawa czlowieka, laickosc. Czyli wartosci przypisywane raczej lewicy niz obecnemu rzadowi.

Jednym z fajniejszych pytan, ktore pojawia sie w tej debacie jest „Czy jestes dumny z bycia Francuzem?” Oczywiscie, dzielni ludzie prezydenta sa dumni bardzo solidarnie. Ludzie znajdujacy sie nieco bardziej na lewo zadaja pytanie:

„Pardon, ale co to w ogole znaczy, byc dumnym z bycia Fracuzem? Gdybym byl Anglikiem, to mialbym sie czuc jakos gorzej, bo tylko bycie Francuzem jest jakims osiagnieciem?”

Na co standardowo, przedstawiciel prawicy odpowiada:

„No tak, pan sie wstydzi, ze jest pan Francuzem, prosze bardzo. Ja sie nie wstydze, ja jestem dumny z naszej historii i wartosci”.

Nie wiem, czy ci prawicowi intelektualisci zdaja sobie sprawe z manipulacji, jakiej dokonuja (czyli z polaryzacji pojec, zwiazanej z wykluczeniem innych opcji: jesli nie jestes dumny, to znaczy ze sie wstydzisz, jakby nie bylo mozliwosci po prostu zignorowania problemu dumy w tym kontekscie). Mi sie zawsze wydawalo, ze czlowiek moze byc dumny ze swoich lub z czyichs konkretnych osiagniec, a nie z samego faktu urodzenia sie jako czlonek danej wspolnoty (ilez razy slyszalam dziwne zdania „jestem dumna z tego, ze jestem kobieta”, etc). Rzecz jest tak banalna, ze w zasadzie wstydze sie o niej pisac, niemniej niedawna dyskusja na ten temat z bardzo przeciez rezolutnymi osobami pokazala, ze chyba nie dla wszystkich jest to jasne. A szczegolnie interesujace dla mnie jest tutaj to, ze caly problem potyka sie o kwestie czysto gramatyczna: nieprawidlowe uzycie wyrazenia „byc dumny”. A whole cloud of philosophy condensed into a drop of grammarjak pisal pewien austriacki Zyd (ktory nie byl dumny chyba z niczego, swoja droga, a juz na pewno nie ze swojego wiedensko-burzuazyjnego pochodzenia). 

Dopisek z 28 stycznia 2010: oto Tomasz Terlikowski zechcial sie podzielic z czytelnikami przemysleniami na temat ideologicznej polaryzacji wprowadzonej przez program "Szklo kontaktowe" w Polsce (nie znam za bardzo tego programu, a Terlikowskiego nie cenie za jego wlasna dzialalnosc, ale ktoz by wierzyl w to, ze lewacy maja jakakolwiek zdolnosc samodzielnej oceny, n'est-ce pas?).  I popelnil, jak zreszta jego francuscy cytowani wyzej koledzy, klasyczny blad, z ktorego juz starzy Grecy stroili sobie zarty: sofizmat falszywego dylematu. Zacytuje czlowieka, moze ktos z Was to wykorzysta w zajeciach ze studentami jako przyklad z zycia wziety bledu argumentacyjnego? : 

Stosunek do "Szkła kontaktowego" pozostaje swoistym politycznym papierkiem lakmusowym, pozwala się rozpoznać. Tym, co oddziela od siebie jego wyznawców i przeciwników, nie jest jednak poczucie humoru i jego brak, ale głębokie intuicje polityczne. Intuicje, które dzielą Polskę na tych, którzy wstydzą się bycia Polakami, i tych, którzy – choć wiele rzeczy chcieliby zmienić – są z tego zwyczajnie dumni.

wtorek, 17 listopada 2009
O jednej z chrzescijanskich koncepcji zla

Co jest nie tak z idea, ze smierc jednego czlowieka jest rownie wielkim zlem, co smierc milionow ?

Prawdopodobnie najwiekszym problemem w tym zdaniu jest problem definicji zla. W sensie bowiem codziennym, wydaje sie jasne, ze jesli ktos straci dajmy na to siostre (a ma jeszcze kilkoro rodzenstwa), jest w mniej zlej sytuacji niz ktos, kto stracil wszystkich (licznych) czlonkow rodziny. Temu ostatniemu przydarzylo sie zatem wieksze zlo. Rzecz ta wydaje mi sie trywialnie prawdziwa, i jedynym powodem, dla ktorego o niej tutaj wspominam jest niedawna rozmowa z pewnym brytyskim filozofem religii, z ktorym robilam wywiad.

Filozof ten wierzy w teodycee. Wg tej idei, Bog pozwala na zlo nie dlatego, ze nie jest dobry, ale dlatego, zeby to zlo przynioslo za soba wieksze dobro. Zlo, ktore ma miejsce na swiecie, jest czescia jego planu. Gdy pytam tedy o zalety Szoa, ktore musza byc ogromne, zwazywszy na ogrom zla, jaki wtedy wystapil, moj rozmowca nie wahal sie z odpowiedzia. Przede wszystkim przypomnial, ze Zaglada, czy tez GULag, sa zlymi przykladami, wlasnie dlatego, ze to nic nie znaczy, smierc kilku milionow ludzi. Kazda smierc jest tragedia, i nie powinnismy sie zajmowac cyferkami. A to co sie stalo w Auschwitz Birkenau i w « archipelagu » GULag, to bylo dla obecnych tam ludzi szansa na zostanie swietymi. Takie bowiem Bog ma potrzeby, zrobic z czlowieka swietego.

Za moich czasow, bracia katolicy mieli jakas ludzka uczciwosc, zeby powiedziec : « no coz, diabel wygral w 1939 i rzadzil do 1945, czy tez moze i dluzej, trudno, Pan Bog nie moze caly czas wygrywac, jak mu nie pomagamy ». Ja to tlumaczenie rozumiem, jest wyrazem poczucia bezsilnosci, z ktorym kazdy z nas radzi sobie jak umie. Ale dodawac do tego plan bozy ? Wspomniany filozof rzekl jeszcze : « Prawdziwymi ofiarami tych wydarzen byli nie Polacy i Zydzi, ale nazisci ». To moze powinnismy do tego zalozyc fundusz na rzecz bylych zbrodniarzy wojennych ?

Teodycea jest najbardziej wyrachowanym odlamem tego co sami chrzescijanie nazywaja « relatywizmem moralnym ». Poprzez odebranie sferze moralnej jej charakteru fundamentalnie ludzkiego, tworzy sie jakies abstrakcyjne idealy, ktorymi sprawni teologowie moga dowolnie manipulowac. Chcialabym wierzyc, ze jest ona dzisiaj uprawiana glownie przez oksfordzkich emerytow, ale obawiam sie, ze moze byc inaczej, jako ze tak Jan Pawel 2 jak i obecnie milosciwie panujacy Benedykt, powtarzali w roznych okolicznosciach zdanie o istnieniu rownosci miedzy smiercia jednego czlowieka a smiercia milionow. A zdanie to wydaje mi sie pierwszym krokiem do podwazenia naszego codziennego postrzegania zla, i, co za tym idzie, do jego banalizacji. 

niedziela, 02 sierpnia 2009
Naprawde mamy uwierzyc, ze eko jedzenie nie jest lepsze?

W Wielkiej Brytanii opublikowano raport wg ktorego jedzenie tzw. organic food, czyli zywnosci ekologicznej, nie niesie za soba zadnych korzysci zdrowotnych. Za badaniem stoi Food Standards Agency, brytyjska agencja standardow zywieniowych.

Times jednak przyglada sie tej sprawie blizej, i wyniki sa juz mniej jednoznaczne. Otoz okazuje sie, ze w konkretnych produktach istnieja duze roznice miedzy wersja zwykla a wersja ekologiczna, tylko ze naukowcom wydaly sie one nieistotne z punktu widzenia „korzysci zdrowotnych”. I tak, 

W ekologicznych warzywach, badanie wskazalo 53,7 % wiecej betakarotenu, ktory uwazany jest za pozyteczny w ochronie przed chorobami serca i rakiem, jak i 38,4 % wiecej flawonidow, 12% wiecej bialka i 11,3 % wiecej cynku.

Dosc niesamowite jest to, ze wspomniana agencja uznala te dane za bledy statystyczne, i nalega, by nie brano ich pod uwage. Czyli wg ich wlasnego badania warzywa ekologiczne sa bogatsze w skladniki dla nas wazne, ale nie ma to znaczenia z punktu widzenia naszego zdrowia. Pewnie chodzi o to, ze, dajmy na to, jedzac dwa zwykle jablka dostaniemy tyle skladnikow odzywczych, co z jednego ekologicznego, wiec nie mamy podstaw do twierdzenia, ze ekologiczne jako takie sa lepsze… Cokolwiek by nie rzec, wielu naukowcow zapowiada odpowiedzi krytyczne dot. metodologii badania i formulacji wnioskow.

Ja o tym badaniu dowiedzialam sie przez wiadomosci telewizyjne na France 2, gdzie oglaszano, ze jedzenie „bio” jest 2,5 raza drozsze od marek typu leader-price, a nie ma zadnych dowodow na to, ze jest lepsze, ergo : ludzie ponoszacy te dodatkowe koszta marnuja swoje pieniadze. Wiadomosc przedstawiona w taki sposob jest podwojnie nieprawdziwa: po pierwsze, zdanie „nie ma zadnych dowodow” jest nieuczciwa interpretacja wynikow badan, a po drugie, zupelnie ignoruje sie koszty szersze, zwiazane z niszczeniem gleb i wod podziemnych przez pestycydy. 

Zreszta, niezaleznie od indywidualnych korzysci plynacych z jedzenia eko-warzyw, eko-mleka, jajek, etc., wydaje mi sie ze te wyzsze ceny warto placic ze wzgledu na ochrone srodowiska z jednej strony, oraz ze wzgledu na godne traktowanie zwierzat w gospodarstwach ekologicznych. Innymi slowy: eko-jedzenie powinno byc promowane nie tylko z punktu widzenia tego, co robi dla konsumenta, ale przede wszystkim z punktu widzenia tego, co robi dla naszej, ze tak powiem, wspolnej przestrzeni. 

poniedziałek, 06 lipca 2009
Internetowy marketing nauki

Czesto sie mowi o marketingu uprawianym na forach internetowych. Ktos pisze: „no najlatwiej to zrobic proste danie z przyprawami marki xyz, wsypujecie do warzyw, i zrobione”. Dla ulatwienia dodajemy jakis blad ortograficzny albo za duzo emotikonow, i jakas firma placi nam pare centow za kazdy taki wpis. Z tym, ze zwykle robily to przedsiebiorstwa, po ktorych bysmy sie tego spodziewali, koncerny zywieniowe, kosmetyczne, etc. Ale okazuje sie, ze nie tylko. 

Rafal Urbaniak mowi nam na swoim blogu, ze niedawno b. prestizowe wydawnictwo Elsevier, majace juz na swoim koncie jeden skandalik, pisze do swoich autorow maile (autorow ksiazek, w ktorych kazdy rozdzial jest napisany przez kogos innego), w ktorych zaprasza ich do pisania tym swoim ksiazkom pozytywnych recenzji w sklepach internetowych Amazon i Barnes & Noble. Nie, no nie ma w tym nic co by nas bardzo dziwilo, warto to jednak wiedziec, bo mamy do czynienia z publikacjami naukowymi, ktore teoretycznie powinny akurat pozostac jak najbardziej w cieniu spraw marketingowych z powodu mozliwych konfliktow interesow, etc. Ta forma promocji uczestniczy w upadku pewnego etosu swiata nauki, a etos ten wydaje mi sie jest jednym z niewielu, z tych, ktorych powinnismy bronic za wszelka cene. 

czwartek, 02 lipca 2009
Victor Dojlida, "Polaczek" we Francji.

W dzisiejszym porannym radio pani Michèle Lesbre opowiada historie pewnego czlowieka, ktorego przedstawia nam jako Victora Dojlidę. Znaliscie ? Szybko opowiem, bo widze, ze polski web o nim raczej nie wspomina. Ponizsza historia nie zawiera zadnej tezy, ot, notuje cos przed zapomnieniem. Wyjasniam, ze M. Lesbre napisala o nim ksiazke [1], a to co pisze nizej jest skrotami i parafrazami recenzji tej ksiazki, ktora ukazala sie w Humanité (sama ksiazki nie czytalam).

Wiktor Dojlida urodzil sie w 1926 na terenie obecnej Bialorusi, byl synem robotnikow, i przyjechal do Francji jako kilkuletni dzieciak. Majac szesnascie lat, falszuje swoje dokumenty (postarza sie), by moc brac udzial we francuskim Ruchu Oporu. Wysadzal zatem niemieckie pociągi, wykolejal transporty broni etc., atakowal patrole niemieckie. Gdy zostal zatrzymany, francuski « wymiar sprawiedliwosci » (pro-Vichy, oczywiscie) oddal go Gestapo ; zostal stakazany na kare smierci. Unika wykonania wyroku uratowany przez oficera niemieckiego, ktorego Wiktor wczesniej uratowal przed utonieciem. Z powodu swoich anty-niemieckich dzialan, spedzil jednak wiele miesiecy w obozach Dachau i Buchenwald.

« Dojlida pomylil sie tylko raz : wierzyl, ze mozna, po wojnie, sie zemscic na kolaborantach samemu (gliniarze, sedzia, kierownik, cwaniaczki). I ze mozna tez dalej walczyc na piesci (czy nawet na bron palną), tak jak w czasach wojny ».

Po wojnie bowiem, Wiktor Dojlida, ktoremu wojna nie pozwoilla na zdobycie jakiegos uczciwego zawodu, stwierdzil, ze w utrzymaniu pomoc mu moga ataki rabunkowe na Francuzow, ktorzy w czasie wojny dzialali po stronie rezimu faszystkowskiego. I tym sposobem, rowniez dzieki temu, ze Polacy po wojnie byli dosc widoczna mniejszosca we Francji i cieszyli sie mniej wiecej taka popularnoscia jak obecnie emigranci z krajow afrykanskich (stad slowo "Polaczek" w tytule), Dojlida spedzil ok. 40 lat w wiezieniu, ktore opuscil w 1989 roku. Wtedy to Lesbre spotkala sie z nim, i przyjaznila do konca jego zycia (zmarl w 1997). Ot, i historia emigracji, wiezien, nieprzystosowania, stala sie podobno – wg krytykow – porywajacą ksiazką.

Przypisy

[1] Michèle Lesbre, Victor Dojlida, une vie dans l'ombre (Wiktor Dojlida, zycie w cieniu), Éditions Noesis, 2001. 

piątek, 12 czerwca 2009
O trudnosciach dyskusji merytorycznej

Krzysztof Urbanowicz zostal zaproszony do radia Tok FM, by skomentowac to, co pan redaktor prowadzacy Lasiczka nazwal « Kataryna Gate ». Czy « gate » znaczy « afera » po warszawsku ? Tak chyba nalezy sadzic, ja tutaj na prowincji nie moge dokladnie wszyskiego wiedziec. Mniejsza z tym. Ciekawe jest bowiem to, co pan Urbanowicz ma do powiedzenia na kilka okolointernetowych tematow.

Nie bede Panstwa wprowadzala w historie zbyt juz nam znana blogerki Kataryny. Przypomne jednak, ze tacy starzy internetowcy jak ja widzieli juz niejedno, a w tym to, jak w. w. Krzysztof Urbanowicz kiedys stwierdzal (nieprawdziwie), ze Kataryna jest sponsorowana przez Agore (wlasciciela Gazety Wyborczej). Przeprosil za to oczywiscie, no ale sama ta sprawa swiadczy nie najlepiej o pana Urbanowicza stosunku do zrodel wiadomosci. No i coz, dzisiaj pan Urbanowicz mowi nam szczerze, ze « mialem wrazenie, ze ona ma jakas traume » ; « mialem wrazenie, ze K. postrzegala swiat dziennikarzy jako zlo ». Nie jest to pierwszy raz, gdy pan Krzysztof bawi sie w psychologa i wmawia ludziom frustracje. Jakis czas temu, pan Jerzy Marcinkowski z Salonu24 wskazal na istnienie zapozyczen w tekstach Urbanowicza (ktore zlosliwi nazwaliby pewnie plagiatami) [1].

Jesli chodzi o faktycznosc zapozyczen, no to chyba udowodnilismy ostatecznie ich istnienie proponujac czytelnikom na niniejszym blogu tlumaczenie francuskich oryginalow. Pan Urbanowicz zachowal sie jak zachowal, Igor Janke wykazal sie wielkodusznoscia i rzeczy nie rozdrapywal, w nas wzrosl cynizm, ot i cala historia. Niemniej okazuje sie, ze cisza pana Urbanowicza w tej sprawie nie wynika z pewnej skromnosci, ale faktycznie z przekonania, ze mial racje, gdy racji tej nie mial. Tak brzmia jego slowa wypowiedziane we wspomnianej audycji w Tok FM:

« …bede tepil rowniez roznych domoroslych oskarzaczy ; mi samemu zdarzylo sie byc oskarzonym przez rowniez jednego czlowieka, no ale nie zadalem od Igora Janke zlikwidowania wpisu, bo pomyslalem, ze to nie ma zadnego znaczenia, chociaz prawnik mi radzil dokladnie to samo co radzil Czumie, zeby zaatakowac Salon24. Pomyslalem sobie, ze takie sa prawa internetu, i ze z wiatrakami sie bic nie bedziemy. »

Panie Krzysztofie. Nie pisalibysmy o Panu, gdyby Pan nas nie prowokowal. Zwrocono nam uwage, ze bylo Panu naprawde przykro, gdy zostalo odkryte to, ze nie podal Pan zrodel. Ale czy wie Pan, ze jak czlowiek zrobi cos glupiego, to po prostu przeprasza, i dalej robi swoje ? Nic bardziej nie irytuje, niz zachowanie takie jak Panskie. Naprawde, nic sie nie stalo, prosze sie jedank obudzic, zejsc z cokolu, przeprosic tych, ktorych przeprosic wypada, i, w pogoni za nowinkami na Twitterze, przypomniec sobie o jakichs starych idealach uczciwosci. Chociaz faktycznie, La Rochefoucauld juz nas uprzedzil : « Notre repentir n'est pas tant un regret du mal que nous avons fait, qu'une crainte de celui qui nous en peut arriver. »

**

[1] Pan Urbanowicz widzial zrodlo irytacji Marcinkowskiego nie w problemie merytorycznym, a w tym, ze istnieje « podzial miedzy „czerwonych" a „niebieskich" […] w Salonie, który ewidentnie doskwiera niektorym salonowiczom, bedac dla nich zródlem frustracji ». Innymi slowy, Marcinkowski go atakuje, bo zazdrosci mu pozycji profesjonalnego dziennikarza. No coz, ciezko komentowac takie argumenty, prawda ?


sobota, 23 maja 2009
O dyplomach watykanskich

Kilka lat temu, wprowadzono na polskie uniwersytety teologie. Bylo to zdarzenie naturalne dla obserwatorow nie zwiazanych z uniwersytetem – dyscyplina wczesniej zakazana mogla wreszcie w wolnej Polsce powrocic do akademii. Niestety, wiekszosc z uniwersytetow polskich zapomnialo o tym, ze teologia jest to domena, nad ktora wladze ma Watykan. Biologia jest domena, nad ktora wladze maja naukowcy pozostajacy w ciaglych konfliktach, szukajacy i krytykujacy sie nawzajem, natomiast teologia ostatecznie zalezy od tego, co o niej powie Watykan. Czyli to, co stanowi sile nauki – niezaleznosc, krtytykowalnosc rezultatow, zdolnosc do zakwestionowania nawet najbardziej uznanych tez – znika w kontekscie teologii. Wszystko to jest regulowane dzieki art. 15 konkordatu, czyli umowy, ktora Polska podpisala ze Stolica Apostolska w 1993 roku. Tym sposobem, wykladowcy teologii na polskich panstwowych uczelniach sa rzadzeni prawem nie polskim, nie unijnym, ale watykanskim. I tym sposobem, nie od wynikow naukowych zalezy ich funkcjonowanie, ale od tego, jak dobrze wypelniaja misje kanoniczna. Bo misja kanoniczna jest do nauczania teologii koniecznie potrzebna; to ja zdjeto z Tomasza Polaka, gdy zdecydowal sie na odejscie od kaplanstwa. Przypominam, ze T. Polak byl jednym z najwybitniejszych polskich teologow, i stracil prace na wydziale teologii na UAMie nie z powodu utraty dotychczas posiadanych wiadomosci, ale dlatego, ze jego dusza przestala sie wladzom tego wydzialu podobac. Dlaczego o tym mowie? Czy tylko po to, by przypomniec o dzielnych uniwersytetach we Wroclawiu i Gdansku, ktore nie zgodzily sie na tego rodzaju niemerytoryczna interwencje Watykanu w ich struktury? Nie tylko. Otoz wlasnie w tym roku, we Francji, kraju, ktory nie podpisal z Watykanem zadnego konkordatu, pojawia sie podobny problem, i dzieje sie to niejako za kuchennymi drzwiami.

Otoz prezydent Sarkozy nie jest, w przeciwienstwie do Chiraca, zdeklarowanym ateuszem. No, i zalezy mu na dobrych stosunkach z przedstawicielami roznych religii, za ktore to stosunki jest w stanie zaplacic dosc wysoka cene. I tak, zdecydowal sie na to, ze dyplomy wydawane przez katolickie uczelnie na terenie Francji beda uznawane przez Panstwo. Dostalam wlasnie maila od prof. filozofii Catherine KINTZLER z Lille, ktora protestuje przeciwko temu uznawaniu, i czyni to w nastepujacy sposob :

Uwaga ! Nie chodzi tylko o prosta ekwiwalencje dyplomow, taka, jaka funkcjonuje pomiedzy innymi krajami Europy, ale o stworzenie obcemu krajowi (Watykan) mozliwosci wydawania stopni i dyplomow na terytorium innego suwerennego panstwa (Francji), ktore to dyplomy zostana tym sposobem uznane przez to panstwo.

Wiec coz dalej, no podpisywana jest petycja, by wspomniana ustawa zostala anulowana (zatwierdzono ja w kwietniu 2009), tocza sie dyskusje w srodowiskach laickich i nie-laickich, bardzo mnie interesuje, co z tego wyniknie. Roznica miedzy sytuacja polska a francuska jest oczywiscie ogromna, bo mamy tu do czynienia z uznawalnoscia dyplomow uczelni katolickich, ktore to dyplomy w Polsce uznawane byly od zawsze (casus KUL), a nie z ingerencja Watykanu w istniejace panstwowe uczelnie. Warto jednak chwilke o tej sprawie pomyslec, bo z niedawnych rozmow na ten temat wnioskuje, ze polscy uczeni w wielkiej czesci nie wiedza, na jakich zasadach funkcjonuje teologia na ich wlasnych uniwersytetach.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Francuzi przepraszaja
Jakis czas temu Sarkozy powiedzial cos niezbyt uprzejmego na temat miejsca w historii Afryki. Miejsce to, wg prezydenta, jest w zasadzie zadne. No coz, w sensie wplywu na historie cywilizacji greko-judeo-chrzescijanskiej miejsce jest male, i czlowiek czarny jest tu raczej postrzegany jako pozbawiony znaczenia, niemniej podobnie przedstawic mozna tez jakakolwiek wystarczajaco odlegla kulture. Mniejsza z tym, wazne jest to, ze nie sprawil tym nikomu przyjemnosci. Kilka dni temu Ségolène Royal byla w Dakarze, i przeprosila tam za slowa Sarkozy’ego, mowiac, ze nie reprezentuje on nimi Francji i Francuzow. Niech bedzie. Niestety, dosc dobre przyjecie tych przeprosin spowodowalo, ze Royal polubila przeprosiny, i w ubiegly weekend przeprosila premiera Hiszpanii Zapatero za to, co mial o nim powiedziec Sarkozy wg doniesien prasowych, mianowicie : « jest to czlowiek niezbyt inteligentny ». Doniesienia te zostaly szybko zdementowane przez wielu jej swiadkow, wypowiedz brzmiala inaczej i byla w rzeczywistosci komplementem dla Zapatero.

Teraz prawicowa partia prezydencka UMP zada przeprosin od Royal za niesluszne przypisanie slow prezydentowi, a Jacques Lange (socialista, podobnie jak Royal) przeprasza Hiszpanow za niefortunne przeprosiny Royal.

Przepraszam za dosc hermetyczna notke, ale naprawde chcialam to gdzies zapisac, bo sytuacja wydawala mi sie zabawna.

piątek, 10 kwietnia 2009
Czy filozofowie musza sie mylic?

Czasem, czytajac teksty takie jak niedawny felieton Davida Brooksa z NYT, mysle sobie, ze moze faktycznie wartoby uczyc historii filozofii w szkolach ? Nie zadnej « filozofii » raczej, ale uczciwej historii filozofii, ktorej celem byloby wskazanie korzeni kilkunastu iluzji, ktore narzucili na nas co zdolniejsi mysliciele. Zdolnosc ich (Sokratesa, Kanta, czy tego wreszcie nieszczesnego Kartezjusza) polegala nie tyle na zblizeniu sie w swoich tezach do faktycznego stanu rzeczy, co na polechtaniu pewnych pozostawionych nam pewnie przez ewolucje tendencji, i erygowania ich w wartosci.

Wiec Brooks, wieszczac « koniec filozofii moralnej » mowi :

Dzis, wielu psychologow, kognitywistow, i nawet filozofow adoptuje inna [tzn. nieracjonalna, anty-sokratowska] wizje moralnosci. Wg nich, mysl etyczna jest blizsza estetyce. I tak, przygladajac sie swiatu, wciaz oceniamy to co widzimy. Patrzenie i ewaluacja nie sa dwoma oddzielnymi procesami. Sa one polaczone i fundamentalnie jednoczesne.

No to co, mamy rewolucje, tak ? Nie, no serio, to jest jakas kpina. Od zawsze, od poczatkow filozofii, poglad o bliskosci estetyki i etyki, postrzegania i moralnosci, byl glowna konkurencja dla pogladu przypisywanego (karykaturalnie) Sokratesowi, czyli tezie, ze czyny moralne sa to takie czyny, ktore odpowiadaja pewnym jednoznacznym idealom, dostepnym nam przy pomocy rozumowania. Wiekszosc starozytnych Grekow slusznie odrzucala te pozycje, wolac Epikura. Potem Arystoteles tez wykazal jej nieprawdziwosc. No ale wreszcie nadszedl Kosciol, ktory wybral sobie pewne tezy platonskie i neoplatonskie, i narzucil je naszej cywilizacji do ok. 12 wieku. Potem pojawil sie w tymze Kosciele Tomasz z Akwinu, zatem mielismy przez moment nadzieje, ze przywroci on Zachodowi Arystotelesa, ale niestety, w 17 wieku Kartezjusz nam znowu przywrocil epistemologiczny fundamentalizm. Kartezjusz, mimo, ze nie byl etykiem, sugerowal, ze kazde twierdzenie musi miec nienaruszalny i absolutnie pewny fundament. To myslenie narzucil potem m.in. etykom. Napisal w swietnej prozie skandalicznie demagogiczne « Medytacje o filozofii pierwszej », i mimo, ze w tym samym okresie tworzyl najwiekszy bodaj mysliciel jezyka francuskiego, Pierre Gassendi, to Kartezjusz zdobyl uznanie potomnosci. Wlasnie dlatego, ze umial wykorzystac paranoiczna intuicje wiekszosci z nas, ktora kaze nam wszedzie szukac drugiego dna. Studiowanie historii filozofii jest sprawa rownie wazna, jak studiowanie historii tout court, obywatele maja prawo wiedziec, kto i jak ich przez 25 wiekow manipulowal.

Prawda, jak nas nauczyl Arystoteles i Tarski, jest nudna. Filozofowie, ktorzy byli jej najblizej, mieli zwykle dosc ciezkie do skrocenia tezy, nie potrafili i nie chcieli rzucic efekciarskiego « cogito ergo sum ». Czesc odkryc wspolczesnej nauki jest formulowana jako teksty typu « filozofowie mylili sie, ze »…, biorac przy tym w. w. filozofow za jednolita niezbyt rezolutna mase. Tymczasem nie wspomina sie o tym, ze ci, ktorzy byli faktycznie interesujacy, po prostu nie byli promowani przez bedace u wladzy instytucje, a zwlaszcza przez najsilniejsza z nich, Kosciol katolicki. Wiec filozofowie, ktorzy nam imponuja najbardziej, dzieki zawilemu stylowi (Platon, Kartezjusz) czy tez przez piekna strukture konceptualna (Kant, Hegel), chyba musza sie mylic, w imie przyjetej wyzej zasady o nudnosci prawdy. Ci, ktorzy myla sie mniej, sa i mniej znani, wiec po co w ogole o nich wspominac?

PS. Zobaczcie swoja droga, z jaka emfaza i szacunkiem ludzie Kosciola mowia o filozofii, i porownajcie te wizje z niejakim zazenowaniem, ktore na temat tej dyscypliny jako calosci znajdziecie na wydzialach filozofii w uczciwych uczelniach. Socjologicznie fenomen ten wydaje mi sie bardzo wesoly.

piątek, 20 marca 2009
Prezerwatywa na użytek liturgiczny
Papiez spotkal sie z dziennikarzami w samolocie do Kamerunu. Wczesniej wybral kilka pytan, przygotowal odpowiedzi, i swiadomie ich udzielil (po wlosku, i raz po francusku). Jedno z wybranych przez B16 pytan dotyczylo problemu AIDS w Afryce, problemu, z ktorym wiele organizacji stara sie walczyc m.in. dystrybuujac prezerwatywy. Nie jest to oczywiscie srodek ostateczny – ostatecznym bylaby eradykacja choroby – ale najlepszy dotad znany wsrod ludzi, ktorzy decyduja sie na seks. Papiez zdecydowal sie nie tyle na namawianie do czystosci (jak robil to JP2), ale na faktyczna wojne z prezerwatywami. Wg donosow prasy, B16 powiedzial, ze dystrybucja prezerwatyw zwieksza problem AIDS. Watykan troche zlagodzil te wersje, i Le Monde donosi :

Podczas gdy w samolocie B16 stwierdzil, ze rozdawanie prezerwatyw «zwieksza» problem aids, wersja oficjalnie spisana wskazuje, ze «ryzykuje zwiekszenie» tegoz.

Logika ktora staram sie odnalezc za ta postawa jest nastepujaca : dajac prezerwatywe, daje sie niejako blogoslawienstwo na seks bez konsekwencji, a to « blogoslawienstwo » staje sie przyzwoleniem i zacheca do seksu. Gdyby nie bylo prezerwatyw, strach przed konwekwencjami (ciaza, AIDS) bylby wiekszy, i byloby mniej seksu, a przez to mniej zarażeń. Nie wiem, czy jest to faktyczna pozycja Watykanu, ja w kazdym razie umiem wylacznie w ten sposob interpretowac slowa papieza. Tyle, ze tutaj pojawia sie problem. Gdy wezmiemy te teze powaznie, to potrzebuje ona jednego dodatkowego drobiazgu : dowodow. W tej chwili mamy do czynienia ze spekulacjami na temat seksualnego zachowania ludzi innych kultur, ktorzy ewidentnie maja inne zwyczaje w tej materii. Jesli papiez chce budowac swoj autorytet na pseudo tezach, ktorych nie uwaza za sluszne podeprzec dowodami, to jest to impostura. Jedynym wyjsciem dla niego jest dywagacja na temat statusu aktu seksualnego z punktu widzenia teologii, i prosze, niech powie, ze akt pozamalzenski na przyklad jest grzechem, i niech da Afrykanczykom mozliwosc wybrania swojej drogi (grzechu lub niegrzechu). Bardzo nieuczciwe sa natomiast manipulacje pseudo-hipotezami, ktore odbic sie moga na polityce krajow chcacych byc w przyjaznych stosunakch z tzw. Ojcem Swietym.

A jak juz sie udowodni, ze prezerwatywy nie pomagaja w walce w AIDS, to niech sobie Ojciec Swiety przeznaczy je na uzytek liturgiczny, ku chwale Pana.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28