Menu

mysz powstaje z kurzu i szarych szmat

Gdy skłonni jesteśmy mniemać, iż mysz powstaje z kurzu i szarych szmat drogą samorództwa, to warto szmaty te zbadać dokładnie z punktu widzenia możliwości ukrycia się w nich myszy, dostania się jej tam, itd.

Nasza kontrrewolucja seksualna

zielka

Didier Lestrade (francuski działacz LGBT, nosiciel hiv od 1986, współzałożyciel Act Up France) pisze o seksualności, i to jest bardzo ciekawe, tłumaczę niżej fragment. Tzn ja mam taka tezę, że "efekty owej rewolucji seksualnej, z których [Świetlicki] skorzystał wyjątkowo skwapliwie" nie dotyczą od kilku lat pokolenia mojego (1979) i młodszych, z rożnych powodów. Te różne powody składają się w dużej części z dziedzictwa realnego i symbolicznego AIDS, a w dużej – z powrotu do pewnego konserwatyzmu. I to co Lestrade opisuje w tym fragmencie jest wyjątkowo interesujące po pokazuje powszechność poczucia końca w. w. rewolucji:

nie stanę się durnym barebackerem, szczerze wierzę, że jestem jednym z tych gejów, którzy byli tak straumatyzowani koniecznością używania prezerwatywy, że moja seksualność jest przez to zmieniona na zawsze. Jeżeli w ciągu najbliższych 5 lat uda się udowodnić naukowo, że możemy kochać się bez prezerwatywy, nadal wisieć nade mną będą zgromadzone trzy dekady seksu pod kontrolą, z wyboru i zasady, w związku z czym nigdy nie będę mógł nadrobić straconego czasu. Nie wyobrażacie sobie jak trudne było to stopniowe niszczenie wszystkiego co było w seksie było najbardziej naturalne. Poświeciliśmy sie, zeby dawać przykład. Rożni spryciarze już dziesięć lat temu zaczęli "zapominać" o zakładaniu prezerwatywy, ale dla nas to było moralnie niemożliwe, bo to był nasz obowiązek jako działaczy.

Nasze (państwowe) kamienice

zielka

Wiec są czasem i dobre wiadomości, jak wtedy gdy Ian Brossat uczestniczy w inauguracji mieszkania w bardzo przyjemnej paryskiej dzielnicy, które zajmować będzie piątka studentów z rodzin o skromnych dochodach.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? No kto nie pamięta zadziwiającej "Manif pour tous", manifestacji tzw. porządnych mieszczan przeciwko małżeństwu dla wszystkich (tzn. przeciwko ustawie, która rozszerza definicje małżeństwa tak, by ująć w niej pary homoseksualne). Na czele tejże manifestacji stała "Frigide Barjot", niegdyś artystka kabaretowa, obecnie osoba, która zarabia na życie opowiadaniem o nawróceniu i straszeniem homoseksualną apokalipsą. Wiec pani Barjot zajmowała z małżonkiem w sposób nie do końca legalny, a związany z ich bardzo dobrą siecią kontaktów politycznych po prawej stronie, bardzo duże mieszkanie należące do miasta w śmiesznie niskiej cenie. Układ ten wyszedł na jaw w trakcie jakiejś rutynowej kontroli, i pani Barjot musiała opuścić ten blisko 200 m2 lokal (dodatkowo jest właścicielką 60 metrowego mieszkania również w Paryżu, ale wydawało jej się ono niegodne).

Dziś mieszkanie jest odnowione i przystosowane do przyjęcia studentów, których pięcioro właśnie się wprowadziło. A czeresienką na tym torcie jest to, ze pełnomocnikiem merki Paryża do spraw lokalowych jest właśnie pan Ian, którego polsko brzmiące imię nie jest przypadkiem, i za którego polityczną karierę trzymam kciuki jak nigdy.

Houellebecq w klasztorze (i w Le Mondzie)

zielka

W sierpniowych numerach Le Monde (dostępnych dla abonentów, stad brak linku), Ariane Chemin napisała serię tekstów o Michel Houellebecqu, która to seria spowodowała dość zirytowane reakcje samego zainteresowanego. Teksty te podają elementy z życia codziennego pisarza, w tym chociażby nazwę sklepu w którym zwykle robi zakupy, co rzekomo ma „utrudniać pracę ochroniarzy” zajmujących się Houellebecquiem od publikacji Soumission (Uległość) w styczniu 2015. Wrzucę kawałek, czy nie?

Kontekst opowieści: w 2013, Michel Houellebecq spędził trzy dni w klasztorze, z którego koniec końców uciekł bez słowa. Pozostawił jednak na miejscu fanów przekonanych o jego rozwijającej się duchowości.

Ojciec Longeat mówi: "To nie dlatego, że piszemy entuzjastycznie broszury [o religii], to znaczy, że nie mamy żadnych pytań. Kto wie, może Houellebecq ma w sobie więcej wiary niż ja? "

W lecie 2015 r., pismo Revue des Deux Mondes zdecydował się na publikację podwójnego numeru, na którego okładce pojawiła się "spowiedź" Houellebecqa: « Bóg mnie nie chce » . To nie wystarczy, żeby przekonać mnichów. "Powiedział w styczniu, że już nie definiuje się jako ateista, ale jako agnostyk”, zauważył brat Joel, wieczny optymista. „Jestem pewien, że jest na dobrej drodze”.

Wspólnota jest gotowa do ponownego otwarcia ramion dla swego sławnego gościa i do wybaczenia mu tego, że zniknął bez zapłacenia rachunku, zapominając w tej ucieczce o słowach Koheleta, który skazuje skąpca na wieczne nieszczęście (przez chwile ksiądz Wintzer myślał o tym, żeby poprosić wydawcę, Flammarion, o zwrot długu klasztorowi). Żywienie urazy nie jest cnotą chrześcijańską. We wspaniałej bibliotece opactwa Ligugé, niedaleko od anielskiego dżemu i wspaniale nieprzyzwoitych ciastek zwanych "scofas" – specjał mnichów nadziewany kremem – teraz sprzedaje się również Soumission.  

Houellebecq, Carrere, fiszki z lektur

zielka

Ostatni Michel Houellebecq, Soumission (Uległość).
W ogóle miałam na tę powieść dokładnie taką samą reakcję jak na koszmarną "Aleje Niepodległości" Krzysztofa Vargi. Po mniej więcej 10 stronach zachwyt mistrzostwem auto-nienawiści auto-fikcyjnej, w obu przypadkach zresztą napisałam z wrażenia sms-y przerywając czytanie, do osób z którymi akurat o tych książeczkach rozmawiałam wcześniej. Po 20 stronach lekkie znudzenie, dotarcie do setki świętowane (alkoholem, czekoladą).
Ma rację Cezary Michalski gdy zauważa, że książka jest słabo napisana, niespecjalnie inteligentna, i szokuje kontrastem wobec wybitnej Mapy i terytorium. W ramach opowiadania o Soumission, przetłumaczyłam jej jeden z niewielu rzeczywiście zabawnych fragmentów, oto on niżej:

Czy starzejąc się, stałem się ofiarą andropauzy? Ta teza wydaje się całkowicie możliwa, i postanowiłem, by pozbyć się ewentualnych wątpliwości, spędzać me wieczory na Youporn, który z czasem stał się referencją wśród stron pornograficznych. Rezultat tego postanowienia od razu miał efekt wyjątkowo uspokajający. Youporn odpowiadał fantazmom mężczyzn normalnych, rozsianych na przestrzeni globu, i ja również byłem, o czym mogłem się przekonać od pierwszych chwil, mężczyzną o absolutnej wprost normalności.
Bo wcale nie byłem tego taki pewien, w końcu poświeciłem dużą część mojego życia analizom autora postrzeganego często jako dekadenta, którego seksualność nie była z tego powodu tematem jednoznacznym. I cóż, wyszedłem z tej próby z wielką ulgą. Te filmiki, czasem przepiękne (kręcone przez ekipę w Los Angeles, bo była tam jakaś ekipa, oświetleniowiec, osoby pracujące nad kadrowaniem, różni techniczni), czasem żałosne ale vintejdżowe (niemieccy amatorzy), opierały się na kilku jednakowych i bardzo przyjemnych scenariuszach. Jeden z najpopularniejszych przedstawiał mężczyznę (Młodego? Starego? Obie wersje były dostępne), który w nieprzemyślany najwyraźniej sposób pozostawiał swojego penisa w stanie spoczynku gdzieś w zakątku bokserek lub slipów. Dwie młode kobiety, przedstawicielki różnych ras zależnie od kontekstu, wykorzystywały tę niestosowność i w od tego momentu zajmowało je tylko jedno: jak możnaby uwolnić ten organ z jego tymczasowego schronienia? W tym celu, nie skąpiły mu różnorakich podniet celujących w odurzenie organu, wszystko to działo się natomiast w duchu kobiecej przyjaźni i porozumienia.

Dla odmiany, przyzwoita książka po francusku. Emmanuel Carrère, Królestwo (Royaume). I taka scena, w której autor opowiada o swoim spotkaniu z kolejnym psychoanalitykiem, François Roustangiem.

Opowiedziałem mu o wszystkim: nieustannym ból w dołku, który porównywałem do lisa pożerającego wnętrzności małego Spartiaty w opowieściach i legendach starożytnej Grecji; uczucie – czy raczej pewność – bycia jednocześnie przegranym oraz w sytuacji patowej: brak umiejętności kochania jak i pracowania, stałe wyrządzanie zła wokół siebie. Powiedziałem, że myślałem o samobójstwie, i że przyszedłem w nadziei na propozycję jakiegoś innego rozwiązania ze strony Roustanga. I jako, że ku mojemu zdziwieniu nie był się skłonny zaoferować mi czegokolwiek innego, zapytałem go, czy zechciałby poprowadzić moja analizę.
Spędziłem już dziesięć lat na kanapach dwóch z jego kolegów, bez większych rezultatów - tak to wtedy widziałem. Roustang odpowiedział, że nie, nie przyjmie mnie jako pacjenta. Po pierwsze, dlatego, że był zbyt stary, następnie dlatego, że w jego opinii jedyną rzeczą, która interesowała mnie w analizie było pokonanie analityka, że byłem najwyraźniej mistrzem w tej dziedzinie i jeśli chciałem po prostu pokazać po raz trzeci moją maestrię, on nie będzie mi w tym przeszkadzał, ale, dodał: "nie ze mną. I gdybym był panem, poszedłbym w innym kierunku". "Jakim?" – zapytałem z pozycji wyższości osoby nieuleczalnej. "No cóż, odpowiedział Roustang, mówił pan o samobójstwie. W rzeczy samej nie ma ono ostatnio dobrej prasy, ale czasami jest to rozwiązanie."
Powiedziawszy to, zamilkł. Ja też. Potem dodał: "Naturalnie, może pan również wybrać życie."

Zanussi i coraz bardziej Obce ciało (recenzja)

zielka

Z okazji pewnej festiwalowej prapremiery, dane mi było zobaczyć Obce ciało Krzysztofa Zanussiego; swego rodzaju recenzja tego filmu wydaje mi się konieczna, ponieważ dzieło to pozbawiło mnie całego wielkiego entuzjazmu, jaki wzbudził Hardkor Disko Krzysztofa Skoniecznego widziany dzień wcześniej.  Poza tym, że oba filmy były pokazywane na tym samym festiwalu filmowym (kinopolska 2014), są doskonałymi antytezami: jeden z nich (Zanussi) uważa widza za niezdolnego do samodzielnej refleksji, drugi – daje widzowi rzeczywiste miejsce w doświadczeniu kinematograficznym.

Obce ciało to trzy główne postacie i trzy światy, które się bardzo niesubtelnie przeplatają: Kris, Katarzyna i Angelo.

Kris Nilska (A. Grochowska), kobieta zajmująca wysokie stanowisko w korporacji międzynarodowej działającej w sektorze energetycznym, jest w stanie zrobić wszystko dla własnej kariery i awansu; nienawidzi religii. Kris jest wulgarna, trans-gresyjna, interesuje ją postęp i „jutro oraz pojutrze”. Jest połączeniem sowieckich dyskursów o lepszej przyszłości z wyrachowaniem i cynizmem wolnego rynku. To inkarnacja zła współczesności, ale też, jak pokaże film, ofiara tego zła. Jej cechy charakteru są podkreślone tak wiele razy, że nawet widzowie nie znający żadnego z używanych w filmie języków zrozumieją jak czarny jest to charakter. Imponująca jest scena z psem (dość dziwny pies, swoją drogą, nawet on wygląda na źle ucharakteryzowanego), który, z głodu, zastanawia się nad zjedzeniem zdechłego gołębia. Kris widząc to wychodzi ze swojej przeszklonej willi i chce dać mu odrobinę mięsa. Rzuca zatem szynką w kierunku czworonoga, ten jednak nie daje się nabrać. Wrodzony bowiem zmysł rozpoznawania osób dobrych i złych, głęboka intuicja, do której ma dostęp poza złudnym i kłamliwym światem ludzi, wysyłają mu jednoznaczny sygnał: Kris to szatan, a wszyscy wiedzą, czym kończy się jedzenie szynki szatana.

Katarzyna (A. Buzek) i Angelo (R. Leonelli), młodzi ludzie, którzy poznali się we Włoszech we wspólnocie modlitewnej i zakochali. Angelo nie zna polskiego, stad większość dialogów jest po angielsku – głównie rozmawiają z nim niemówiący po włosku Polacy (oraz Rosjanie). Katarzyna decyduje się na powrót do Polski i nowicjat w klasztorze. Próba ma trwać rok, i ten rok Angelo spędzi w Polsce, mając nadzieję, że jego była dziewczyna zmieni zdanie. Nie sposób opisać dialogów miedzy bohaterami, ich pseudoteologicznych rozważań, ich źle granego gniewu.  Buzek jest o tyle zajmująca, że zachowuje się wciąż jak nieśmiała i leciutko podrywająca rozmówców pensjonarka. Tworzy to jednak dość nieinteresującą postać, która przez jakiś czas nie do końca wie, czego chce, boi się opinii wszystkich, a kiedy okazuje się, ze jednak pewna jest swojego wyboru życia w zakonie, wybór ten jest silniejszy od wszystkiego.

Katarzyna ma w filmie dwoje „rodziców”. Biologicznego ojca, karykaturalnego „racjonalistę”, który nie godzi się z wyborem przez córkę życia w zakonie, i sympatyczną postać siostry przełożonej (S. Celińska), która w gra rolę metaforycznej matki bohaterki, towarzyszy jej w ważnych wyborach, daje wolność, pozwala na poszukiwania. Owa siostra jest w zasadzie jedyną jednoznacznie pozytywną postacią tego filmu. Ojciec tymczasem, mimo, że jego racjonalizm jest rodem z XIXgo wieku [1], jest przez dość długi czas postacią stosunkowo dającą się lubić (mimo tego, że kamera lubi podkreślić jego gruby, toporny kark, jego brak lotności, kontrastujący z niepokojącą i ascetyczną chudością córki, na granicy miedzy „dwoma światami”). Na końcu jednak, gdy widzi, że nie udało mu się przekonać córki do powrotu do świata, wyrzuca Angelo bycie „kastratem i eunuchem”.

Racjonalizm jest zatem gruby, głupi, złośliwy i totalitarny.  Podobnie zresztą, jak stalinizm, co widzimy dzięki matce Kris (Grochowskiej), noszącej w filmie kolejny subtelny patronim, Róża Nilska (E. Krasnodębska).  Krwawa Róża, która była stalinowską prokuratorką, co prawda uniknęła kary za niesprawiedliwe procesy i skazania, ale jest na tyle samolubna i zła, że jest w stanie mówić o przeszłości o ile tylko tym może zaszkodzić córce. W filmie pojawia się zatem dziennikarz, który chce poznać przeszłość i motywacje Róży (J. Poniedziałek). Nie do końca mu się to udaje, ta postać (fatalnie wyreżyserowana, sceny z nim są obrazą dla widza) jest jednak prawie interesująca: z jednej strony szukający prawdy dziennikarz, z drugiej bezlitosny paparazzo, będący w stanie zakłócić momenty intymne (takie jak pogrzeb Róży, co zresztą było ewidentną ulgą dla reszty aktorów w tej scenie).

Kris nie jest jednak pozbawiona nadziei na zmianę, by nie rzec: na zbawienie. Kilka razy w filmie przypomina się widzowi, że nie jest ona biologiczną córką Róży Nilskiej (pewnie gdyby była biologiczna, to nie byłoby ucieczki od zła genetycznie, a może i rasowo, przekazywalnego). Wielokrotnie sugeruje się również to, że żyje ona w pustce duchowej i chciałaby ją jakoś zapełnić (scena z dwoma męskimi prostytutkami zaproszonymi do jej domu jest … powiedzmy oględnie: koneserska). Na końcu filmu zatem wyraża żal, że Angelo nie nawrócił jej; ten jednak nie jest gotów na bycie przewodnikiem duchowym, w tym momencie bowiem przeżywa akurat kryzys wiary. Być może role się tutaj odwrócą, i być może to Kris, której imię sugeruje bliskość ze Zbawicielem, stanie się rzeczywiście wierzącą dzięki swoim granicznym przeżyciom? I może Angelo nie jest takim aniołem, jak wielokrotnie sugerowano w filmie? Gdy piszę: „sugerowano”, mam na myśli wulgarne powtórzenia, zbliżenia, podkreślenia, momenty milczenia i inne tego rodzaju środki wyrazu.

Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono... 

Ten film jest katastrofą. „Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana […], łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy”, powiedziałby Herbert przyglądając się reżyserowi i aktorom. Ciężkie metafory, ciągłe podkreślenia, manicheizm, są wszędzie. Wszystko cos znaczy, każdy gest czy wydarzenie jest symbolem quasi-biblijnej walki z czyhającym wszędzie złem. Widać to choćby wtedy, gdy w momentach, kiedy Angelowi dzieje się cos złego, jego kobiety (mama i Katarzyna) maja znaczące przeczucia.  Gdy jest bity w rosyjskim więzieniu, spada i tłucze się jego portret w domu matki, a Kasia ma sen, który każe jej dzwonić w nocy do ojca po pomoc. Film wpisuje się w najbardziej karykaturalny nurt kina chrześcijańskiego reprezentowany obecnie w Ameryce przez blockbuster God’s not dead, i to nie dlatego, że jest w jakiś sposób chrześcijański, ale dlatego, że jest artystycznie i intelektualnie miałki [2].

Zanussi umieścił w jednej z pierwszych scen dialog ojca z Kasią, gdzie ojciec przypomina zakład Pascala, i twierdzi, że należy wybrać drogę odwrotną niż francuski filozof (to znaczy, że wg ojca rozsądniej jest wybrać brak Boga). Cały film jest tymczasem równie nieprzekonujący jak rozważania Pascala: kilka pseudo-demonstracji, opartych na karykaturalnych przesłankach i papierowych postaciach, zażenuje tak samo czytelników Hume’a, Nietzschego jak i Kierkegaarda.

Nic przy tym nie mówię o seansach hipnozy, o Weronice Rosati w roli konkurentki Kris, o wizycie w Moskwie, o tym jak Krzysztof Zanussi portretuje świat biznesu międzynarodowego i korporacji. Dodam jednak jeszcze jedną scenę, w której reżyser pokazuje po raz kolejny, że to właśnie katolicyzm, a nie żadna inna religia, dyskryminowane są w korporacji gdzie część rządów sprawia Kris. Angelo, jako osoba głęboko wierząca przez znaczną część filmu, nosi na palcu pierścionek-różaniec. Kris oczywiście nie może tego znieść, zatem każe mu zdjąć ozdobę.  W pewnym momencie pojawia się on w szaro-szklanym nowoczesnym biurze Kris, i mówi: „oczywiście zdejmę różaniec, ale mam nadzieję, ze pozwolisz mi używać regularnie tego oto dywanika, bym na nim mógł się modlić skierowany przodem do Mekki. Jeśli nie pozwolisz, nasi kontrahenci w krajach arabskich nie będą zadowoleni”. Naturalnie, biuro Kris akurat posiadało mały orientalny dywanik modlitewny, który pozwolił Angelo na przeprowadzenie tej demonstracji, wskazującej jasno widzom, gdzie jest łagodność i prawda.

Obce ciało jest dla mnie o kontrastach, i o poszukiwaniu wspólnych części w zbiorach, które się zupełnie nie stykają”, mówi Agata Buzek w jednym z wywiadów poprzedzających premierę filmu Zanussiego.  Dla niej film obrazuje to, ze „większość z nas” ma takie dwa światy, „dwie potrzeby, które nie zawsze idą w parze”. To jest bardzo ciekawa pozycja, dająca świadectwo pewnemu stanowi ducha, który, wbrew pozorom, wcale nie musi być tak powszechny jak się pani Buzek wydaje. Może są rzeczywiście ludzie, którzy żyją bez wiecznego poczucia konfliktu wewnętrznego miedzy z jednej strony ziemskością i cielesnością, a z drugiej czymś rzekomo ważniejszym? Może ziemskość i cielesność, tak ludzi wokoło jak i nasza, są naprawdę stałym źródłem dobra i wzruszeń?

A co jeśli z wiekiem człowiek koniecznie zwraca się ku pewnej duchowości? Widocznie nie zestarzeje się nigdy Woody Allen, który podobne kwestie porusza w swoim ostatnim filmie, Magic in the Moonlight, i stawia tam sprawy dość uczciwie: tak, chciałby, żeby świat był magiczny i pełen sensu, bo magia i wiara w nadprzyrodzoność są entuzjazmujące. Niestety, nie istnieją, wiec zamiast się wzajemnie okłamywać, przypomnijmy sobie, ze jedyna prawdziwa wartością jest miłość. To idea Allena, ta wytrychowa rola miłości, ale jasne jest przy tym, że reżyser ma odwagę konfrontowania się z absurdem. Jeśli doświadczenie i wiek nie niosą ze sobą tego rodzaju odwagi, to ciekawe jaka jest wartość tego okresu, bo innowacyjność nią nie jest na pewno, ani w przypadku Zanussiego [3], ani w przypadku Allena (którego film jako taki jest standardowo poprawny ale średni).

Przypisy

[1] To co piszę jest jednak niesprawiedliwe dla XIXgo wieku: nikt chyba nigdy w historii racjonalizmu nie twierdził, poza stalinowskimi ideologami i może Herbertem Spencerem, ze nauka jest źródłem jednoznacznej, nienaruszalnej i obiektywnej prawdy. Racjonalizm cechuje się właśnie tym, że uczy interpretować wyniki niektórych nauk, kontekstualizować innych, i przede wszystkim stawiać limity temu co ludzie są w stanie stwierdzić ze znaczną pewnością w danym momencie historycznym. I to nie jest relatywizm lub sceptycyzm, ale właśnie praktyczny realizm myślenia naukowego.

[2] Oczywiście najbardziej bolesne w tej historii jest to, że Zanussi jest autorem kilku filmów jednocześnie posiadających motywy poszukiwania religijnego i będących prawdziwym kinem, jak chociażby świetny Constans, nagrodzony przez jury ekumeniczne w Cannes. Jest tez autorem innych wybitnych historii, które nas przez lata kształtowały, od Struktury kryształu po Barwy ochronne.  

[3] Kwestie tego, że reżyser zaczął kampanie reklamowa filmu od oskarżania Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej o spisek przeciwko niemu zainspirowany przez rzekome skrajne feministki, poruszył Michał Gąsior. Wydaje się zresztą, że  zdaje sobie on dziś sprawę z tego, że prasa katolicka poświęciła temu pseudoprześladowaniu już zbyt wiele uwagi. 

Update: recenzje po premierze
Od premiery filmu pojawiły się naturalnie krytyki dzieła. Bliska mojej lekturze jest recenzja Jakuba Sochy w Dwutygodniku, natomiast starsi krytycy czują, ze mają wobec Mistrza dług, którego natury nie znam i wole nie zgadywać. Nie są to jednak przecież ludzie pozbawieni podstawowego instynktu estetycznego, i bardzo rezolutnie radzą sobie z tym, żeby nic dobrego na temat "Obcego ciała" nie powiedzieć, a jednocześnie zaatakować osoby, które film przyjęły krytycznie, oskarżając je o inne niż kinowe i estetyczne motywacje. Ten sprawny wytrych został zastosowany przez Krzysztofa Kłopotowskiego, ale i przez Zdzisława Pietrasika ("Zanussi może jednak liczyć na swych najwierniejszych widzów, do których ścisłego grona należy niżej podpisany").
Odważniej przy tym zachowali się młodzi jawnie prawicowi krytycy, którzy dość jednoznacznie film skrytykowali: panowie Adamski i przede wszystkim Fijołek.

© mysz powstaje z kurzu i szarych szmat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci