Menu

mysz powstaje z kurzu i szarych szmat

Gdy skłonni jesteśmy mniemać, iż mysz powstaje z kurzu i szarych szmat drogą samorództwa, to warto szmaty te zbadać dokładnie z punktu widzenia możliwości ukrycia się w nich myszy, dostania się jej tam, itd.

Zanussi i coraz bardziej Obce ciało (recenzja)

zielka

Z okazji pewnej festiwalowej prapremiery, dane mi było zobaczyć Obce ciało Krzysztofa Zanussiego; swego rodzaju recenzja tego filmu wydaje mi się konieczna, ponieważ dzieło to pozbawiło mnie całego wielkiego entuzjazmu, jaki wzbudził Hardkor Disko Krzysztofa Skoniecznego widziany dzień wcześniej.  Poza tym, że oba filmy były pokazywane na tym samym festiwalu filmowym (kinopolska 2014), są doskonałymi antytezami: jeden z nich (Zanussi) uważa widza za niezdolnego do samodzielnej refleksji, drugi – daje widzowi rzeczywiste miejsce w doświadczeniu kinematograficznym.

Obce ciało to trzy główne postacie i trzy światy, które się bardzo niesubtelnie przeplatają: Kris, Katarzyna i Angelo.

Kris Nilska (A. Grochowska), kobieta zajmująca wysokie stanowisko w korporacji międzynarodowej działającej w sektorze energetycznym, jest w stanie zrobić wszystko dla własnej kariery i awansu; nienawidzi religii. Kris jest wulgarna, trans-gresyjna, interesuje ją postęp i „jutro oraz pojutrze”. Jest połączeniem sowieckich dyskursów o lepszej przyszłości z wyrachowaniem i cynizmem wolnego rynku. To inkarnacja zła współczesności, ale też, jak pokaże film, ofiara tego zła. Jej cechy charakteru są podkreślone tak wiele razy, że nawet widzowie nie znający żadnego z używanych w filmie języków zrozumieją jak czarny jest to charakter. Imponująca jest scena z psem (dość dziwny pies, swoją drogą, nawet on wygląda na źle ucharakteryzowanego), który, z głodu, zastanawia się nad zjedzeniem zdechłego gołębia. Kris widząc to wychodzi ze swojej przeszklonej willi i chce dać mu odrobinę mięsa. Rzuca zatem szynką w kierunku czworonoga, ten jednak nie daje się nabrać. Wrodzony bowiem zmysł rozpoznawania osób dobrych i złych, głęboka intuicja, do której ma dostęp poza złudnym i kłamliwym światem ludzi, wysyłają mu jednoznaczny sygnał: Kris to szatan, a wszyscy wiedzą, czym kończy się jedzenie szynki szatana.

Katarzyna (A. Buzek) i Angelo (R. Leonelli), młodzi ludzie, którzy poznali się we Włoszech we wspólnocie modlitewnej i zakochali. Angelo nie zna polskiego, stad większość dialogów jest po angielsku – głównie rozmawiają z nim niemówiący po włosku Polacy (oraz Rosjanie). Katarzyna decyduje się na powrót do Polski i nowicjat w klasztorze. Próba ma trwać rok, i ten rok Angelo spędzi w Polsce, mając nadzieję, że jego była dziewczyna zmieni zdanie. Nie sposób opisać dialogów miedzy bohaterami, ich pseudoteologicznych rozważań, ich źle granego gniewu.  Buzek jest o tyle zajmująca, że zachowuje się wciąż jak nieśmiała i leciutko podrywająca rozmówców pensjonarka. Tworzy to jednak dość nieinteresującą postać, która przez jakiś czas nie do końca wie, czego chce, boi się opinii wszystkich, a kiedy okazuje się, ze jednak pewna jest swojego wyboru życia w zakonie, wybór ten jest silniejszy od wszystkiego.

Katarzyna ma w filmie dwoje „rodziców”. Biologicznego ojca, karykaturalnego „racjonalistę”, który nie godzi się z wyborem przez córkę życia w zakonie, i sympatyczną postać siostry przełożonej (S. Celińska), która w gra rolę metaforycznej matki bohaterki, towarzyszy jej w ważnych wyborach, daje wolność, pozwala na poszukiwania. Owa siostra jest w zasadzie jedyną jednoznacznie pozytywną postacią tego filmu. Ojciec tymczasem, mimo, że jego racjonalizm jest rodem z XIXgo wieku [1], jest przez dość długi czas postacią stosunkowo dającą się lubić (mimo tego, że kamera lubi podkreślić jego gruby, toporny kark, jego brak lotności, kontrastujący z niepokojącą i ascetyczną chudością córki, na granicy miedzy „dwoma światami”). Na końcu jednak, gdy widzi, że nie udało mu się przekonać córki do powrotu do świata, wyrzuca Angelo bycie „kastratem i eunuchem”.

Racjonalizm jest zatem gruby, głupi, złośliwy i totalitarny.  Podobnie zresztą, jak stalinizm, co widzimy dzięki matce Kris (Grochowskiej), noszącej w filmie kolejny subtelny patronim, Róża Nilska (E. Krasnodębska).  Krwawa Róża, która była stalinowską prokuratorką, co prawda uniknęła kary za niesprawiedliwe procesy i skazania, ale jest na tyle samolubna i zła, że jest w stanie mówić o przeszłości o ile tylko tym może zaszkodzić córce. W filmie pojawia się zatem dziennikarz, który chce poznać przeszłość i motywacje Róży (J. Poniedziałek). Nie do końca mu się to udaje, ta postać (fatalnie wyreżyserowana, sceny z nim są obrazą dla widza) jest jednak prawie interesująca: z jednej strony szukający prawdy dziennikarz, z drugiej bezlitosny paparazzo, będący w stanie zakłócić momenty intymne (takie jak pogrzeb Róży, co zresztą było ewidentną ulgą dla reszty aktorów w tej scenie).

Kris nie jest jednak pozbawiona nadziei na zmianę, by nie rzec: na zbawienie. Kilka razy w filmie przypomina się widzowi, że nie jest ona biologiczną córką Róży Nilskiej (pewnie gdyby była biologiczna, to nie byłoby ucieczki od zła genetycznie, a może i rasowo, przekazywalnego). Wielokrotnie sugeruje się również to, że żyje ona w pustce duchowej i chciałaby ją jakoś zapełnić (scena z dwoma męskimi prostytutkami zaproszonymi do jej domu jest … powiedzmy oględnie: koneserska). Na końcu filmu zatem wyraża żal, że Angelo nie nawrócił jej; ten jednak nie jest gotów na bycie przewodnikiem duchowym, w tym momencie bowiem przeżywa akurat kryzys wiary. Być może role się tutaj odwrócą, i być może to Kris, której imię sugeruje bliskość ze Zbawicielem, stanie się rzeczywiście wierzącą dzięki swoim granicznym przeżyciom? I może Angelo nie jest takim aniołem, jak wielokrotnie sugerowano w filmie? Gdy piszę: „sugerowano”, mam na myśli wulgarne powtórzenia, zbliżenia, podkreślenia, momenty milczenia i inne tego rodzaju środki wyrazu.

Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono... 

Ten film jest katastrofą. „Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana […], łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy”, powiedziałby Herbert przyglądając się reżyserowi i aktorom. Ciężkie metafory, ciągłe podkreślenia, manicheizm, są wszędzie. Wszystko cos znaczy, każdy gest czy wydarzenie jest symbolem quasi-biblijnej walki z czyhającym wszędzie złem. Widać to choćby wtedy, gdy w momentach, kiedy Angelowi dzieje się cos złego, jego kobiety (mama i Katarzyna) maja znaczące przeczucia.  Gdy jest bity w rosyjskim więzieniu, spada i tłucze się jego portret w domu matki, a Kasia ma sen, który każe jej dzwonić w nocy do ojca po pomoc. Film wpisuje się w najbardziej karykaturalny nurt kina chrześcijańskiego reprezentowany obecnie w Ameryce przez blockbuster God’s not dead, i to nie dlatego, że jest w jakiś sposób chrześcijański, ale dlatego, że jest artystycznie i intelektualnie miałki [2].

Zanussi umieścił w jednej z pierwszych scen dialog ojca z Kasią, gdzie ojciec przypomina zakład Pascala, i twierdzi, że należy wybrać drogę odwrotną niż francuski filozof (to znaczy, że wg ojca rozsądniej jest wybrać brak Boga). Cały film jest tymczasem równie nieprzekonujący jak rozważania Pascala: kilka pseudo-demonstracji, opartych na karykaturalnych przesłankach i papierowych postaciach, zażenuje tak samo czytelników Hume’a, Nietzschego jak i Kierkegaarda.

Nic przy tym nie mówię o seansach hipnozy, o Weronice Rosati w roli konkurentki Kris, o wizycie w Moskwie, o tym jak Krzysztof Zanussi portretuje świat biznesu międzynarodowego i korporacji. Dodam jednak jeszcze jedną scenę, w której reżyser pokazuje po raz kolejny, że to właśnie katolicyzm, a nie żadna inna religia, dyskryminowane są w korporacji gdzie część rządów sprawia Kris. Angelo, jako osoba głęboko wierząca przez znaczną część filmu, nosi na palcu pierścionek-różaniec. Kris oczywiście nie może tego znieść, zatem każe mu zdjąć ozdobę.  W pewnym momencie pojawia się on w szaro-szklanym nowoczesnym biurze Kris, i mówi: „oczywiście zdejmę różaniec, ale mam nadzieję, ze pozwolisz mi używać regularnie tego oto dywanika, bym na nim mógł się modlić skierowany przodem do Mekki. Jeśli nie pozwolisz, nasi kontrahenci w krajach arabskich nie będą zadowoleni”. Naturalnie, biuro Kris akurat posiadało mały orientalny dywanik modlitewny, który pozwolił Angelo na przeprowadzenie tej demonstracji, wskazującej jasno widzom, gdzie jest łagodność i prawda.

Obce ciało jest dla mnie o kontrastach, i o poszukiwaniu wspólnych części w zbiorach, które się zupełnie nie stykają”, mówi Agata Buzek w jednym z wywiadów poprzedzających premierę filmu Zanussiego.  Dla niej film obrazuje to, ze „większość z nas” ma takie dwa światy, „dwie potrzeby, które nie zawsze idą w parze”. To jest bardzo ciekawa pozycja, dająca świadectwo pewnemu stanowi ducha, który, wbrew pozorom, wcale nie musi być tak powszechny jak się pani Buzek wydaje. Może są rzeczywiście ludzie, którzy żyją bez wiecznego poczucia konfliktu wewnętrznego miedzy z jednej strony ziemskością i cielesnością, a z drugiej czymś rzekomo ważniejszym? Może ziemskość i cielesność, tak ludzi wokoło jak i nasza, są naprawdę stałym źródłem dobra i wzruszeń?

A co jeśli z wiekiem człowiek koniecznie zwraca się ku pewnej duchowości? Widocznie nie zestarzeje się nigdy Woody Allen, który podobne kwestie porusza w swoim ostatnim filmie, Magic in the Moonlight, i stawia tam sprawy dość uczciwie: tak, chciałby, żeby świat był magiczny i pełen sensu, bo magia i wiara w nadprzyrodzoność są entuzjazmujące. Niestety, nie istnieją, wiec zamiast się wzajemnie okłamywać, przypomnijmy sobie, ze jedyna prawdziwa wartością jest miłość. To idea Allena, ta wytrychowa rola miłości, ale jasne jest przy tym, że reżyser ma odwagę konfrontowania się z absurdem. Jeśli doświadczenie i wiek nie niosą ze sobą tego rodzaju odwagi, to ciekawe jaka jest wartość tego okresu, bo innowacyjność nią nie jest na pewno, ani w przypadku Zanussiego [3], ani w przypadku Allena (którego film jako taki jest standardowo poprawny ale średni).

Przypisy

[1] To co piszę jest jednak niesprawiedliwe dla XIXgo wieku: nikt chyba nigdy w historii racjonalizmu nie twierdził, poza stalinowskimi ideologami i może Herbertem Spencerem, ze nauka jest źródłem jednoznacznej, nienaruszalnej i obiektywnej prawdy. Racjonalizm cechuje się właśnie tym, że uczy interpretować wyniki niektórych nauk, kontekstualizować innych, i przede wszystkim stawiać limity temu co ludzie są w stanie stwierdzić ze znaczną pewnością w danym momencie historycznym. I to nie jest relatywizm lub sceptycyzm, ale właśnie praktyczny realizm myślenia naukowego.

[2] Oczywiście najbardziej bolesne w tej historii jest to, że Zanussi jest autorem kilku filmów jednocześnie posiadających motywy poszukiwania religijnego i będących prawdziwym kinem, jak chociażby świetny Constans, nagrodzony przez jury ekumeniczne w Cannes. Jest tez autorem innych wybitnych historii, które nas przez lata kształtowały, od Struktury kryształu po Barwy ochronne.  

[3] Kwestie tego, że reżyser zaczął kampanie reklamowa filmu od oskarżania Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej o spisek przeciwko niemu zainspirowany przez rzekome skrajne feministki, poruszył Michał Gąsior. Wydaje się zresztą, że  zdaje sobie on dziś sprawę z tego, że prasa katolicka poświęciła temu pseudoprześladowaniu już zbyt wiele uwagi. 

Update: recenzje po premierze
Od premiery filmu pojawiły się naturalnie krytyki dzieła. Bliska mojej lekturze jest recenzja Jakuba Sochy w Dwutygodniku, natomiast starsi krytycy czują, ze mają wobec Mistrza dług, którego natury nie znam i wole nie zgadywać. Nie są to jednak przecież ludzie pozbawieni podstawowego instynktu estetycznego, i bardzo rezolutnie radzą sobie z tym, żeby nic dobrego na temat "Obcego ciała" nie powiedzieć, a jednocześnie zaatakować osoby, które film przyjęły krytycznie, oskarżając je o inne niż kinowe i estetyczne motywacje. Ten sprawny wytrych został zastosowany przez Krzysztofa Kłopotowskiego, ale i przez Zdzisława Pietrasika ("Zanussi może jednak liczyć na swych najwierniejszych widzów, do których ścisłego grona należy niżej podpisany").
Odważniej przy tym zachowali się młodzi jawnie prawicowi krytycy, którzy dość jednoznacznie film skrytykowali: panowie Adamski i przede wszystkim Fijołek.

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • butters77

    Znakomity tekst! Szczególnie opis sceny z psem chwycił mnie za serce.

    Trafiłam tu dzięki linkowi znajomego-znajomego-znajomego na FB i właśnie przeżywam dużą wdzięczność za istnienie Facebooka.

  • zielka

    Dziekuje, i pozdrawiam niniejszym Marka Zuckerberga.

  • hanula1950

    Bardzo ciekawa recenzja.

  • Gość *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Tez widzialem. Fajny film, szczegolnie jak sie czlowiek potrzebuje odstresowac po ciezkim dniu pracy. Chyba kupie spolke i bede w koncu szefem na wlasnym podworku. Nie ma sie co zbytnio przemeczac.

© mysz powstaje z kurzu i szarych szmat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci