Menu

mysz powstaje z kurzu i szarych szmat

Gdy skłonni jesteśmy mniemać, iż mysz powstaje z kurzu i szarych szmat drogą samorództwa, to warto szmaty te zbadać dokładnie z punktu widzenia możliwości ukrycia się w nich myszy, dostania się jej tam, itd.

Feler Hrabiny L.

kriek
W pierwszych słowach mego listu gratuluję Zielce nowego prezia, o którym nawet Wyborcza pisze, że był lepszym kandydatem :-)

A teraz jak zwykle hop za Atlantyk. Miałem właściwie o tym nie pisać, kiedy to wyszło ze dwa tygodnie temu w Washington Post, uznałem za typowy, ale mało apetyczny przykład nieszczęsnych stereotypów żydowsko-amerykańskich o Polakach.
Zapomniałem o tym tekście, ale kiedy zobaczyłem, że turla się po blogosferze i podskakuje jak pingpongowa piłeczka to tu, to tam - ostatnio na bardzo przeze mnie lubianym blogu szefa działu opinii Timesa (przy okazji, polecam!), to nie zdzierżyłem.
Boję się bowiem, że na zasadzie rozumienia piąte przez dziesiąte biedna Karolina Lanckorońska zostanie w końcu naczelną polską antysemitką. A to wyjątkowo wkurzające.

O co poszło? W Stanach właśnie wyszło wydanie jej wojennego pamiętnika. Była to osoba zacna, szlachetna i nietuzinkowa, górująca ponad swoimi nędznymi czasami - ale nie arystokratyczną pychą, lecz siłą charakteru i zapałem w służbie dobrym sprawom. Dla mnie jako eks historyka sztuki to szczególnie ważna postać, fundatorka licznych stypendiów i dobry duch paru pokoleń badaczy sztuki włoskiej. Zmarła pięć lat temu, przeżywszy godnie 104 lata przypadające na bardzo marne czasy.
Jej wojenne losy były równie nietuzinkowe; rzecz jasna wiele razy ocaliły ją arystokratyczne "plecy", rozmaite koneksje i naciski. Ale jak sama autorka recenzji przyznaje, hrabina nie tylko była "mężną damą", ale traktowała przywileje jako formę upokorzenia; korzystała z każdej okazji, żeby pomagać innym, a w obozie Ravensbruck podjęła głodówkę, aby pozwolono jej siedzieć w zwykłym baraku i pasiaku.

Była też Polką z dawnej szlacheckiej gliny, przywiązaną do wszystkich patriotycznych fantazmatów, w jakie mógł być wyposażony człek jej kondycji i pochodzenia, dorastający w pierwszej ćwierci XX wieku.
Dlatego też wojna była w jej odczuciu w pierwszym rzędzie doświadczeniem nieszczęścia Polski. To z Polską walczyli Niemcy i Rosjanie. To z gehenną innych Polaków empatyzowała w pierwszym odruchu. Doskonale pamiętam z opowieści własnej babci - pamięć wojny, powstania, wywózek jest przede wszystkim pamięcią tego, co oni "nam" zrobili.
Ale panna Linfield nie jest w stanie tego zrozumieć, że każdy ma święte prawo rozpamiętywać swoje wojenne przeżycia tak, jak je przeżył . Okazuje się, że jej opowieść jest ciekawa i cenna nie tylko z powodu tego, co zawiera, ale i tego, co pomija.
Klops nieboszczyk, cała wina hrabiny w tym, że nie była Żydówką. A zatem jej opis jest tendencyjny. Bo jakim można prawem można wspominać wojnę jako dwubiegunową walkę między polskimi patriotami a niemieckimi najeźdźcami (...) Z perspektywy Lanckorońskiej, unicestwienie europejskiego żydostwa, które odbyło się przede wszystkim w nieznanych szerzej polskich miasteczkach jak Auschwitz, Treblinka, Sobibor, jest tylko mało ważnym wątkiem szerszej polskiej tragedii".

W ten sposób można się przyczepić i zdezawuować dowolną relację każdego, kto nie potraktuje swej autobiografii w II wojnie, jako "mało ważnego wątku szerszej żydowskiej tragedii". Karolina Lanckorońska spisała pamiętniki, nie podręcznik historii i ma prawo do własnej pamięci swojego życia, zwłaszcza jeśli było w nim niemało powodów do dumy.
Linfield jest podpisana jako "kierowniczka programu reportażu kulturalnego i krytyki w New York University". Ciekawe, czy uczy studentów takiego podejścia do cudzych narracji. Już widzę oczyma duszy te prace semestralne: "Wielcy nieobecni w Wojnie i pokoju - milczenie Lwa Tołstoja w kwestii żydowskiej", albo np. "Biust Odetty a sprawa Dreyfusa - przyczynek do fałszywej świadomości Marcela Prousta".

-------------
Update:
W komentarzu do tej notki na swoim blogu Makowski podlinkował jakże inną recenzję wspomnień Lanckorońskiej z Timesa. Londyński recenzent zauwaza wlasnie to, czego Linfield w WashPost upiera sie, by nie widziec. "Most accounts of Nazi atrocities in the second world war focus on the persecution of the Jews. But this memoir, written in 1946, and never before published in English, tells a different story".
A different story. Otóż to. Ani lepsza, ani gorsza, po prostu inna, własna.
Dziękuję za trop i polecam lekturę tego tekstu, dla porównania.

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • Gość: [makowski] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    no to dałem i u siebie . a bo co tu dodać...
    ideologie; nic -- tylko ideologie.
    od rana do wieczora.

  • kriek

    dzieki! nie tylko dales u siebie, ale i dodales link do recenzji z Timesa, ktora zaraz wkleje jako update do notki.

  • Gość: [makowski] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    cała przyjemność...

  • andsol-br

    Dzisiaj blog
    www.ooops.pl/makowskiundpepe/ mi przyniósł dwie niespodzianki: dając linkę do mojego wpisu przysporzyli mi sporo wizyt - i dali linke do Twojego artykułu,
    który z pewnością nie jest dla nas przyjemny, ale trzeba niestety wiedzieć o tym.

    Najpierw o Lanckorońskiej. Mam w archwiwum cytat z Rp po jej zgonie, pokazujący jak ważna to postać w naszej kulturze, nie tylko jako fundatorka stypendiów:

    „Od profesor Lanckorońnskiej Wawel otrzymał 84 obrazy gotyckie i renesansowe, w tym 79 włoskich, namiot
    turecki z w. XVII/XVIII, cztery obrazy i 228 rysunków Jacka Malczewskiego oraz 69 listów tego artysty do ojca donatorki - Karola Lanckorońskiego, numizmaty, grafiki i pamiatki rodzinne (w sumie 553 muzealia). Wśród kilkudziesieciu obiektów, które zyskał od niej Zamek
    Królewski w Warszawie, znalazły się dwa obrazy Rembrandta z kolekcji króla Stanisława Augusta.”

    A więc i odchodząc była osobą niecodzienną.

    Gdy czytałem jej wspomnienia przed paru laty byłem bardzo wzruszony i poruszony. Oczywiście z peerela nic o niej nie słyszałem. No i teraz tak zdumiewający odczyt tego samego tekstu dokonany przez kogoś, kto wszystko wiedział i miał gotowe zdanie przed czytaniem...

    I to jest bardzo gorzki moment. Coś trzeba w takich wypadkach robić. Bezsens rozsyłanyprzez wielu grup Żydów z USA jest dobrze zorganizowany i tego pospolitym ruszeniem nie da się odeprzeć. Trzeba też się zorganizować. Ale jakakolwiek próba uczynienia tego przysporzy któryś z dwóch typów „sprzymierzeńców” – albo oficjały spod egidy p.Fotygi, z całą znaną powszechnie kompetencją i mądrością tych ludzików, albo horda zupełnych wariatów latająch luzem po forum GW. I tak sobie myślę, co łatwiej ścierpieć, oszołomów żydowskich z USA czy oszołomów polskich z Kraju? Ci pierwsi przynajmniej nie używają tylu four-letter words... Ach, co za rozkoszny wybór...

© mysz powstaje z kurzu i szarych szmat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci